Bałtyk, czyli polskie wybrzeże jest zbyt proste

Rok:  2002
Kraj:  Polska
Akwen:  Bałtyk
Trasa:  Gdynia - Łeba - Władysławowo - Gdynia

Gdynia. Zazwyczaj wszystkim miło się kojarzy. Niewątpliwie ma swój czar.
Ruch w porcie, wymiana załóg,wodowanie jachtów. Jednym słowem kręci się....
Wypłynęliśmy w sobotę na klubowym jachcie s/y Coriolis (Typ Conrad C-28; 8,5m długośc).
Było nas 6 osób,a według mnie maksymalna ilość dla tego jachtu powinna się skończyć na pięciu.
Bardzo chcieliśmy zobaczyć osławioną ostatnimi czasy Łebę. Do dyspozycji mieliśmy niewiele dni
więc wypłynęliśmy po południu z zamiarem płynięcia w nocy.

O ile w ciągu dnia ruch był niewielki, o tyle w nocy jednostek pływających wszelkiej maści
było zatrzęsienie. Trzymając się zasady, że im więcęj świateł tym dalej trzeba przepływać,
dotrwaliśmy do rana. A rano znów ruch zamarł. Dziwne....

Po południu wpłynęliśmy do Łeby. Przy podchodzeniu parę razy włosy stawały nam dęba na głowie
z powody masy płycizn i dużego zafalowania, no ale - udało się.
W marinie byliśmy jedynym jachtem. Porcik zrobiono pięknie i kompleksowo. Czyste sanitariaty,
prysznice, sauna, restauracja (jeszcze nieczynna) i żal, że tak pusto na kejach.
Po zachwytach w marinie poszliśmy do miasteczka. W Łebie mówiąc krótko królują gofry
i turystyczna tandeta.

Wypłynęliśmy następnego dnia z zamiarem dojścia do Władysławowa. Wiało mocno i nasz jachcik
skakał narowiście na falach, nie wprawiając w zachwyt załogi. Płynęliśmy wzdłuż wybrzeża
i to też nie wzbudzało w nas entuzjazmu. To co mijaliśmy to były paski: jeden żółty (piasek), drugi
zielony (roślinność) i nic więcej. Można było pójść spać i po 3 godzinach widok był taki sam.
No może ewentualnie paski zmieniały grubość. Tak więc zmagaliśmy się z ogólną monotonią.
W nocy mimo płynięcia na silniku wysiadł nam akumulator. Okazało się, że zasilać go trzeba z zewnątrz
a nie silnikiem! No to klapa! Stanąć na kotwicy i poczekać do rana na naszym wybrzeżu sie nie da,
więc rezultat był taki, że niewidzialni (brak świateł) i głusi (brak łączności) podjęliśmy ryzyko
wejścia do Władka. Powiało filmem grozy!!!

Trafiliśmy akurat na porę kiedy kutry wychodzą w morze (ok.0200). Ponieważ działały tylko telefony
komórkowe, zadzwoniliśmy do Straży Granicznej (Kapitanat już był nieczynny), że nie niesiemy
świateł i żeby uprzedzili kutry. "Dobrze, dobrze" - odpowiedzieli, więc weszliśmy na farwater i prawie
zostaliśmy rozjechani przez kuter. Przycupnęliśmy jednak szczęśliwie na końcu portu i poszliśmy spać.

Rano w kapitanacie dostaliśmy po głowie za pływanie bez świateł, eh... ten nasz przepływ informacji...
Skorzystaliśmy z sanitariatów i pomknęliśmy w morze. Na celu - Hel i fokarium.

Wiatr był jednak tak silny i wiał prosto w dziób, że płynęliśmy strasznie wolno. Znów powalająca
monotonia polskiego wybrzeża przyprawiała nas prawie o czarną melancholię.
Dopiero wieczorem byłiśmy w okolicach Helu. Z uwagi na to, że rano czekało nas przekazanie
jachtu kolejnej załodze, westchnęliśmy tylko do fok i popłynęliśmy już prosto do Gdyni.

Im bliżej portu tym płycej, a fale coraz większe. Podchodzenie do główek portu przypominało rodeo.
Na szczęście port oferował wodę gładką jak stół i brak wiatru. Zacumowaliśmu więc i zabraliśmy
się za szorowanie jachtu.

Bałtyk, polskie wybrzeże jest jednak zbyt płaskie......

Referencje