Majtkowie na Mazurach, czyli rejs z dziećmi

Rok:  2008
Kraj:  Polska
Akwen:  Mazury
Trasa:  Giżycko - Zat.Zimny Kąt - Sztynort - Węgorzewo - Kal - Giżycko

Za namową naszego kolegi staliśmy się uczestnikami rejsu po Mazurach. Kiedyś tak bliski nam region, przez ostatnie parę lat stał się odległy za sprawą żeglowania po morzach i oceanach. Tym bardziej, z nieukrywaną ciekawością zadeklarowaliśmy swój udział w rejsie. Były nas 2 pary, każda z około 2-letnią dziewczynką oraz mama naszej koleżanki. Startowaliśmy z Giżycka z nowej stanicy wodnej „Stranda” w zat. Tracz.

W trakcie rejsu nasunęła nam sie taka filozoficzna myśl, że żeglowalnie po Mazurach jest trudniejsze niż po morzu! Na naszych poczciwych jeziorach jest raczej płytko, przy podchodzeniu do brzegu oprócz rzucania kotwicy, manewrowania silnikiem, trzeba jeszcze pamiętać o mieczu i płetwie sterowej. Prawdziwa logistyka. No i jeszcze te mosty i kładzenie masztu...

Jacht był duży (jak na Mazury) Tes 32, wygodny, ale też sporo zanurzony, co przyczyniało się do mniej swobodnego pływania. Dawał nam jednak poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza że przez ostatnich parę lat przywykliśmy do ciężkich jachtów morskich, nie przechylających się pod byle pretekstem. Na wstępie zostało zarządzone, że dziewczynki będą pływać w kapokach lub szelkach asekuracyjnych. I o ile córeczka znajomych posłusznie była wmontowywana w ten sprzęt, o tyle nasza zawsze głośno protestowała, niejednokrotnie wybierając siedzenie pod pokładem niż założenie kamizelki. Nie mniej jednak, w większości przypadków obyło się bez dąsów. W mesie zasztauowane zostały niezliczone ilości książeczek dla dzieci, ale i tak bardziej intersujące okazały się spinacze do torebek i do prania. Grunt to pomysłowość...

Ogólnie żeglowanie z dziećmi było całkiem przyjemne. Dzieci są bardzo ciekawe świata (czasem do skraju wyczerpania dorosłych). Wiele rzeczy jest dla nas, starszych niezauważalnych, a one drążą temat i są niezwykle podekscytowane. Poruszaliśmy się po miejscach dających możliwość wyhasania, bynajmniej nie nas tylko dzieci. Trzeba było dać możliwość upustu ich energii skumulowanej na małej powierzchni. Dziewczynki były na Mazurach po raz pierwszy, więc nie zgłaszały akcesu do ustalania trasy... Zaczęliśmy od zat. Zimny Kąt, który nie był do końca dziki ale i nie był też portem. Można jednak było pójść na spacer wzdłuż zatoki, wejść w kaloszkach do jeziora, pobiegać dookoła ogniska i chodzić po wąskim pomoście tam i z powrotem, czyli dla małych odkrywców poligon doświadczalny.

Rano mała grupka grała sobie na gitarze do śniadania i to z kolei bardzo przypadło do gustu naszej córci, która każdy zakończony utwór oklaskiwała i krzyczała „Brawoooo!”. Po nieprzespanej nocy, ze względu na bliskie sąsiedztwo młodzieżowego żeglarskiego obozu, aby nie dawać sobie powodów do narzekań i początków stetryczenia wyruszyliśmy do Sztynortu. Stanęliśmy przy najodleglejszej możliwej kei, aby nie narażać się na jakieś nocne atrakcje wokalno-różne. W miejscu kultowej niegdyś knajpy Zenza, mieści się obecnie gospoda i pensjonat, a Zenza znajduje się bliżej portu. Teren wokół starej lokalizacji został zagospodarowany na zieleniec i parking. Pałac dalej straszy ruiną, a park wciąż zarasta. Nie mniej jednak dziewczynki przyjęły spacer wśród starodrzewia z niekłamanym entuzjazmem. Teren mariny był zadbany i dostarczał sporo atrakcji naszym dziewczynkom. Sama podróż do sanitariatów była ekscytująca. Po drodze było miejsce na ognisko, dźwig, knajpa, dużo kałuż, piesków i ślimaków. Nie wskazane bylo wyruszać za potrzebą z małym odkrywcą, ponieważ można było nie dojść na czas...

Na kolejny przystanek na naszej trasie wybraliśmy Węgorzewo. W trakcie płynięcia po kanale prowadzącym do miasta naszej córeczce najbardziej podobało się machanie do mijających nas jachtów. Robiła to z niebywałym zapamiętaniem. Na szczęście jej wysiłki zostały odwzajemnione. Gdy dopłynęliśmy do portu, okazał się on bardzo przyjemny i spokojny mimo dużej ilości jachtów. Naszym dziewczynkom też się podobał. Były mostki, kaczki, łabędzie, knajpy, pieski, kwiatki, czyli wszystko to, co dzieciom zajmuje uwagę :) Po przedłużonym pobycie ruszyliśmy ponownie kanałem Węgorzewskim na jeziora zatrzymując się na połączeniu z Węgorapą na śniadanie.

Wpłynęliśmy na Święcajty aby pożeglować z dala od zatłoczonych szlaków. I tak leniwie zmierzając w kierunku Ogonków, czytając książeczki, szukając nocnika, trochę marudząc udało nam się wyczytać z mapy, że w sprytnie schowanej zatoczce niedaleko Kalu jest stanica wodna „Wiking”, a blisko niej plaża i kąpielisko. Coś w sam raz dla naszych małych żeglarek! Miejsce urocze, zielone, zadbane i ciche. Przy pomoście namoczone zostały małe nóżki, a cała reszta na wspomnianej plaży. Radocha była wielka. Dla córeczki naszych znajomych był to pierwszy kontakt z taką dużą wodą. Nasza została namoczona po raz pierwszy rok temu w Chorwacji i mimo upływu czasu nie nabawiła się wstrętu do wody, a wręcz przeciwnie. W ruch poszły kółka, pontonik i inne pływadełka. Na koniec pluskania córeczka przykleiła się do mnie, pewnie z zimna i było to tak przyjemne jak przytulanie zimnej i mokrej rybki....

Następnego dnia wypłynęliśmy niespiesznie w kierunku portu wyjścia. Płynęliśmy w strugach deszczu, wśród innych snujących się jachtów. Dziewczynki siedziały całą tę podróż w mesie i były zabawiane różnego rodzaju księżeczkami i zabawkami. Nie do końca im to pasowało, a zwłaszcza naszej podróżniczce, dla której wszelkie ograniczenia pola działania są frustrujące. Dobiliśmy do kei, zaczęliśmy wstępne pakowanie, a nocą nadeszła makabrycznie grzmiąca i błyskająca burza. Dzieci jednak spały jak susły. A rano, rano to już było tylko zdawanie jachtu i powrót do domu...

Referencje