Dookoła Korsyki, czyli dlaczego lubimy Chorwację

Rok:  2003
Kraj:  Francja
Akwen:  Morze Tyrreńskie
Trasa:  Bormes les Mimosas - Calvi - La Scandola - Girolata - Les Senguinaires - Ajaccio - Corte(interior) - Bonifacio - Macinaggio - Wyspy Hyeres - Bormes les Mimosas

Bormes les Mimosas
Wjechaliśmy do mariny późnym popołudniem i mimo szczerych chęci nie udało nam się wypłynąć jeszcze tego samego dnia. Żeby wypłynąć musieliśmy zalepić żagiel, którego defekt wykryliśmy przy odbieraniu jachtu, załatwić mapy, których nie mieliśmy i dopiero wtedy ruszyć na szlak przygody! Po upchnięciu wszystkiego co ze sobą zabraliśmy, we wszystkie skrytki na jachcie postanowiliśmy posilić się na mieście. Miasteczko o charakterze mocno kurortowym posiadało znaczną ilość lokali gastronomicznych. Z uwagi na późną porę i zmęczenie nie bawiąc się w koneserów, wybraliśmy knajpę w miarę miłą, w miarę tanią i w miarę blisko... Pizza z owocami morza rozpływała się nam w ustach! Pychota! Miało się później okazać, że nic jej nie mogło dorównać. Naszym celem było opłynięcie Korsyki, dzieliło nas od niej 120Mm. Przy początkowym niezłym wietrze szliśmy na żaglach delektując się wszechogarniającym ciepełkiem. Nie długo jednak... wiatr zdechł i musieliśmy spojrzeć prawdzie w oczy, jeżeli w ogóle chcieliśmy gdziekolwiek dopłynąć należało niestety odpalić żelaznego diesel-grota i ruszyć do przodu z warkotem...

Calvi
Przy wpływaniu do mariny nie należy zrażać się napisem "marina completed" albowiem napis ten jest stały, a obsługa pytana o niego, "zdziwiona" za każdym razem mówiła, że zapomnieli zmienić treści... Po zignorowaniu napisu stanęliśmy na pierwszym wolnym miejscu z dala od głośnego bulwaru. Spragnieni lądu i wytchnienia od naszego diesla, postanowiliśmy rozejrzeć się po mieście, z którego ponoć większość żeglarzy płynących z Francji zaczyna rejsy po wodach korsykańskich. Biorąc pod uwagę tłum, Calvi przypominało Sopot w szczycie sezonu ale urodą nie sięgało naszemu kurortowi nawet do pięt! Forteca była (nawet trzy), knajpy były ale nie znaleźliśmy tam atmosfery, klimatu który pozwoliłby nam z nostalgią wspominać to miejsce.


La Scandola

Opuściliśmy zatłoczone Calvi i płynąc wzdłuż zachodniego wybrzeża skierowaliśmy się do rezerwatu La Scandola będącego pod patronatem UNESCO. Na miejscu oczom naszym ukazały się piękne formacje skalne w kolorze ochry i miedzi. Skalne ściany schodziły wprost do błękitnego morza tworząc niesamowite zestawienie kolorystyczne. Duchowo natchnieni, a na ciele orzeźwieni kąpielą popłynęliśmy dalej.

Girolata
Zamierzaliśmy zanocować w zatoce Girolata, która jest maleńka. Niewidoczna od strony morza, zasłonięta cyplem z ruinami fortecy mile zaskakuje po wpłynięciu do niej. Bezpiecznego miejsca do kotwiczenia jest wg. locji na 10 jachtów, a myszkowało na łańcuchach chyba ze trzydzieści! Manewr stawania na kotwicy przypominał bojowe zadanie logistyczne ale się udało! Przy okazji poznaliśmy parę młodych Francuzów, uwięzionych poniekąd na własnym jachcie z powodu nieposiadania pontonu. Zabraliśmy ich na brzeg i zaczęliśmy oczywiście zwiedzać okolicę. Girolata jest przykładem skomercjalizowania pięknego miejsca bez uszczerbku na jego wyglądzie. Nieliczne budki z pamiątkami przyjemnie wtapiały się w otoczenie, tak samo zresztą jak restauracje. Poza nimi było pusto, dziko i przestrzennie. Chałupy raczej skromne, chociaż były i piękne posiadłości z gustem wkomponowane w ten raczej biedny krajobraz. Po rozpoznaniu górskiej ścieżki postanowiliśmy uraczyć się miejscowym piwem lub winem i tu przeżyliśmy szok... Wynikiem szoku było spreparowane przez nas hasło: "mikro piwo za makro cash".


Les Sanguinaires

Piękna żeglarska pogoda skłoniła nas do pokonania dość znacznego dystansu. Zatrzymaliśmy się na nocleg przy Krwawych Wyspach (Les Sanguinaires) parę mil od stolicy Korsyki - Ajaccio. Po zażyciu kąpieli w cieplutkim morzu udaliśmy się pontonem na brzeg. Znajdowała się tam stara latarnia z zabudowaniami mieszkalnymi i nowa automatyczna. Najpierw wdrapaliśmy się pod stare zabudowania, zamieszkane już tylko przez ptasie bractwo. Rozciągał się stamtąd piękny widok na resztę wysp i dalej na morze. W trakcie spaceru co i rusz czmychały nam spod nóg szczury. Im ciemniej się robiło tym więcej złowieszczych cieni przemykało nam między nogami. Od zabudowań nowej latarni nasz marsz zamienił się raczej w trucht Z uwagi na pojemność pontonu na jacht wracaliśmy grupami. Gdy pierwsza tura oddaliła się od betonowego pomostu, resztę na brzegu zaczął nachodzić szczur. Był jeden, nastawiony bojowo, drwiący z naszych nieskutecznych metod przegonienia go. Im bardziej chcieliśmy się go pozbyć tym bardziej bezczelnie sobie poczynał. Zastanawialiśmy się co będzie jak wezwie swoich licznych kompanów. Ponaglanie załogi naszego pontonu, wymachiwanie rękoma i okrzyki wskazujące na nadchodzącą klęskę obrony nie dały oczekiwanego rezultatu. Dobili do pomostu wg. nas w ostatnim momencie tłumacząc się, że wzięli nasze okrzyki za żart!? Grozę sytuacji dopełniła wietrzna noc trzymająca nas w ciągłym napięciu z uwagi na bliskość skał i słabe osłonięcie od wiatru.


Ajaccio

Lekko umęczeni niespokojną nocą pożeglowaliśmy do Ajaccio. Stanęliśmy w marinie daleko od ulicznego gwaru i ruszyliśmy na miasto. Miasto, podobnie jak Calvi nie zrobiło na nas spodziewanego wrażenia, choć było ono zdecydowanie bardziej pozytywne. Po przestudiowaniu prognozy zapowiadającej na dzień następny zbyt silny jak dla nas wiatr, postanowiliśmy wypożyczyć samochody i zobaczyć interior. Póki co ruszyliśmy w poszukiwaniu supermarketu w celu uzupełnienia zapasów.


Interior...

Wypożyczyliśmy dwa nowe samochody z klimatyzacją po 65EUR za każdy. Zdumiała nas cena, gdyż wcześniej kupiliśmy 10 bagietek za 20EUR. Przyzwyczailiśmy się jednak, że na Korsyce nic nie jest takie jakim się wydaje... Zapakowaliśmy się więc do samochodów i ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża na północ. Droga wiła się jak piskorz, widoki były zachwycające, pogoda słoneczna ale bardzo wietrzna. Po kilkudziesięciu kilometrach odbiliśmy z nadmorskiej drogi w głąb lądu, w kierunku Corte. Po drodze zahaczyliśmy o kilka zachwycających punktów widokowych, będących kwintesencją przepięknych krajobrazów mijanych po drodze. Natknęliśmy się również na dzikie korsykańskie świnie. Zostały nazwane dzikimi, bo włóczyły się wszędzie z dala od wsi. W rzeczywistości były zakolczykowane i raczej nie wykazywały agresji. Kolejnymi serpentynami dotarliśmy do Corte, stolicy separatyzmu korsykańskiego. Dreszczyk emocji czuliśmy na plecach albowiem dążenie do wyzwolenia jest jak najbardziej żywe na tej francuskiej wyspie. W Corte jeszcze bardziej niż na wybrzeżu rzuca się w oczy bylejakość zabudowy. Odrapane kamienice, pourywane futryny, przegniłe drzwi stanowiły widok dość przygnębiający. Znaleźliśmy jednak bardzo przyjemne miejsce, u stóp ruin warowni gdzie zaszyliśmy się na późny obiad. Od Corte zaczęliśmy wracać do Ajccio. Po drodze minęliśmy pożar, jeden z wielu na Korsyce w trakcie bezdeszczowego lata.


Ajaccio cd.

Do mariny dotarliśmy w nocy i zanim otworzyliśmy jacht stało się jasne, że nas okradli... Zabrali nam m.in. korby do kabestanów. Z czymś takim spotkaliśmy się po raz pierwszy w życiu... zgłosiliśmy sprawę policji, dostaliśmy stosowny dokument ale nie żywiliśmy szczególnej nadziei, że nasza kaucja zostanie nienaruszona. Zaczeliśmy tęsknić za Chorwacją....


Bonifacio

50 mil w 10 godzin - ten przelot nas podbudował. Do zatoki, na końcu której znajduje się marina wpływaliśmy w pięknym zachodzącym słońcu i silnym wietrze. Zwiedzanie zwyczajowo odbyło się późnym wieczorem zostało jednak postanowione, że rano konicznie trzeba zobaczyć wszystko jeszcze raz! Nie tyle architektura miasta robiła wrażenie co jego niesłychanie malownicze położenie. Niesamowite formacje skalne przypominające warstwowe ciasto z zabudowaniami na szczycie, niesamowity cmentarz na końcu cypla oraz zachwycające widoki rozciągające się z klifu na Sardynię przyprawiały o zawrót głowy. Bonifacio zdecydowanie jest warte zobaczenia. Stąd zaczęła się nasza droga powrotna, na północ. Porto Vecchio / Solenzara Zacumowaliśmy w tym mieście na krótko. Nocą obejrzeliśmy stare miasto a rano uzupełniliśmy zapasy jedzenia i dokupiliśmy korbę, gdyż bez niej wybieranie żagli byłoby zdecydowanie utrudnione. Wypłynęliśmy z zamiarem płynięcia również w nocy. Wszystko byłoby tak jak należy gdyby razem z wiatrem ustało falowanie ale ono niestety nie ustawało a nawet było coraz bardziej uciążliwe. Zdecydowaliśmy, że zahaczymy o jakiś port żeby przespać się parę godzin i rankiem ruszyć dalej. Mapa jednoznacznie wskazywała na Solenzarę.

Macinaggio
Wcześnie rano gdy wypłynęliśmy z Solenzary, wiatr wywiał się dokumentnie, więc w ruch poszedł nasz niezastąpiony diesel. Na niebie obserwowaliśmy niesamowite przetasowania chmur związane z przechodzącym frontem. Widowisko z uwagi na miejsce występowania było nieziemskie... Front spowodował spadek temperatury i o zgrozo! niemożność żeglowania w samym kostiumie. Kotłowaliśmy więc po Morzu Tyrreńskim prosto do ostatniej miejscowości na Korsyce jaką zamierzaliśmy zobaczyć, a mianowicie Macinaggio. Do portu weszliśmy o 0300. Padliśmy momentalnie na koje i wstaliśmy z nich dopiero rano. Miasteczko jest osadą rybacką, bardzo malowniczą, spokojną, wręcz senną. Powłóczyliśmy się więc równie sennie, poszliśmy na plażę, aż przyszedł czas kiedy trzeba było opuścić Korsykę. Wczesnym popołudniem oddaliśmy cumy i ruszyliśmy w stronę Bormes les Mimosas. Mieliśmy przed sobą 150Mm.


Port Cros / Wyspy Hyeres

Nasz przelot w kierunku stałego lądu zaczęliśmy z wiatrem. Wiało naprawdę porządnie, a log łapczywie połykał kolejne mile. Pod wieczór trochę osłabło i mieliśmy nadzieję na spokojną choć rozkołysaną, jak to w baksztagu, noc. Niestety w nocy wiatr pokazał na co go stać, wtórowały mu fale a sterociągi przeraźliwie stękały co czyniło ten przelot strasznie męczącym. Wraz z nastającym dniem wiatr wyraźnie słabł a my liczyliśmy mile do lądu z obłędem w oczach. Wreszcie, po półtorej doby żeglugi rzuciliśmy cumy w przeuroczym Port Cros na Wyspach Hyeres. Jest to niewielka osada, leżąca na terenie parku narodowego o tej samej nazwie co nasza przystań. Port otaczały palmy i niska zabudowa, a górował nad tym wszystkim fort. Żądni wrażeń wybraliśmy się na poznawanie okolicy bliższej i dalszej. Poza osadą tereny były raczej bezludne i nawet trochę tajemnicze. Okolica była niezmiernie schludna, widać było, że lokalna społeczność dba o dobry wizerunek. Następnego dnia po przybyciu obudziliśmy się wśród wszechogarniającej szarówki. Pogoda nie dbała o to, że są to nasze ostatnie dni wakacji i należy nam się jeszcze trochę słońca, i jakby na złość obniżyła temperaturę i zesłała deszcz.


Bormes les Mimosas

Zebraliśmy się więc niespiesznie do wypłynięcia. Mimo krótkiego dystansu zabawę mieliśmy przednią gdyż musieliśmy się halsować pod deszcz, fale i wiatr. Wbrew wszystkiemu opętał nas specyficzny rodzaj dobrego humoru i w dość skołowanych nastrojach wpłynęliśmy do punktu wyjścia czyli Bormes les Mimosas. Cel został osiągnięty: Korsyka opłynięta! Uczciliśmy to kolacją w pizzerni, w której byliśmy na początku rejsu.

Referencje