Chorwacja, czyli jesień na wodzie

Rok:  2000
Kraj:  Chorwacja
Akwen:  Środkowa / Południowa Chorwacja

Wrzesień w toku, ludzie powracali z urlopów, a my...? My szykowaliśmy się na dwa tygodnie wakacji. Rejs po Adriatyku na przełomie września i października.

Plitvicka jezera
Wybraliśmy się w osiem osób, w dwa samochody. Jeszcze w trasie ale już w Chorwacji zatrzymaliśmy się w Parku Narodowym Plitvicka Jezera. Jest to zespół olbrzymiej ilości jezior położonych kaskadowo, połączonych pięknymi wodospadami. Po całym Parku chodzi się w większości po drewnianych kładkach, a można też wybrać się w rejs stateczkiem. My ograniczyliśmy się do obejrzenia dwóch jezior ze wzgledu na goniący nas czas i lekkie już zmęczenie podróżą.

Sukosan
Wreszcie dotarliśmy do mariny Zlatna Luka w Sukosanie. Marina robi wrażenie swą wielkością. Miejsce w niej znalazło mnóstwo firm czarterowych i niezliczona liczba jachtów. Jedni kończą rejsy, inni zaczynają, jedni szorują jachty, inni je slipują. Młyn niesłychany. Jachcik przeznaczony dla naszej gromadki to Y999 - 10,5m dł., był nowy, zejestrowany na osiem osób. Doświadczenie nasze kazało nam to później zweryfikować. Jacht jest zdecydowanie na 6 osób, gdyż dwie koje w mesie są na tyle wąskie, że spanie na nich groziło lądowaniem piętro niżej. Dodać można, że pozostałe 6 miejsc dzieli się na 3 kabiny zamykane, no i tam to już kultura i dużo miejsca.

Kornaty
Rozlokowani na jachcie wypłynęliśmy na spotkanie Adriatyku. Mimo że płynęło się wyśmienicie, postanowiliśmy skosztować kąpieli w tej cudownie przeźroczystej wodzie. Stanęliśmy na kotwicy w zat.Cuska, przy wyspie Dugi Otok i z dziką rozkoszą testowaliśmy nasze nurkowe ABC. Testy trwały na tyle długo, że zrobiło się już dość późno. Ruszyliśmy jednak dalej i na nocleg stanęliśmy też na kotwicy przy wyspie Zutska Aba. Wachty kotwiczne czuwały całą noc, bo wiatr trochę kręcił, a poza tym kotwicę rzucaliśmy już w półmroku. Poranna wachta obudziła nas dzwiękami "wild wild west" i ciekawi nowego dnia szybko się zebraliśmy. Wiatr szybko się gdzieś zawieruszył, więc stanęliśmy w kolejnej zatoce na kąpiel. Zat. U Bakarijica przy wyspie Kornati była naprawdę urocza. Po wdrapaniu się na wzniesienie widać było cały zesół Kornat. Wszystkie wyspy zupełnie łyse. Jakby pustynne wzgórza ktoś zalał wodą.

Murter
Wiatr obudził się w porze lunchu co szybko wykorzystaliśmy, postawiliśmy żagle i popłynęliśmy na wyspę Murter. Stanęliśmy w "Jezera Marina". Wieczorkiem podreptaliśmy do restauracji
i zawarliśmy pierwsze znajomości polsko-chorwackie. Do tradycyjnej wymiany koszulek nie doszło ale postanowiona została wymiana banderek.

Drvenik Veli
Rano oddaliśmy cumy i ruszyliśmy dalej na południe. Wiatr wiał bardzo przyzwoicie. Po wypłynięciu zza osłony wysp dało się to wyraźniej odczuć. W pogodnych nastrojach wpłynęliśmy do Drvenika na wyspie Drvenik Veli. Miasteczko lekko półśpiące, w "centrum" działał tylko jeden sklep i... nic więcej. Na murach przy trochę zrujnowanym kościele rosły najprawdziwsze żółciutkie krokusy!? Wszędzie przed domami siedzieli starsi ludzie w czerni, młodych ludzi i dzieci w ogóle nie było widać. Wszystko tworzyło taką atmosferę zapomnienia i nostalgii.

Split
Wiatr wiał jakby mu się zupełnie nie chciało, aż w końcu przestał zupełnie. W związku z powyższym silnikowi musiało się chcieć i warcząc ruszyliśmy dalej. W naszym rejsie nie mogliśmy ominąć Splitu, miasta
tak uroczego, że można chodzić po nim bez końca. Tym bardziej, że na świadomość wpływał fakt, iż uliczki ścisłego centrum Splitu były kiedyś korytarzami w pałacu Dioklecjana. Zawitaliśmy też do katedry Św.Dujma i wdrapaliśmy się na jedną z wież. Roztaczał się z niej piękny widok na miasto, port i marinę. Włóczyliśmy się bez końca, przesiadując na ulicach, w knajpach i chłonąc tę niespotykaną u nas atmosferę. Następny dzień zaczęliśmy od łowów na targu morkich specjałów. Nakupiliśmy wszelkiego obrzydlistwa na obiad, do tego zieleninę i wystartowaliśmy.

Zat.Lucice / Wyspa Brac
W trakcie żeglugi odkryliśmy rzecz straszną, a mianowicie.... zatkany WC! Powiało grozą.... Postanowione zostało, że tą śmierdzącą sprawą zajmiemy się na postoju, po obiedzie. Łódka mała a rozsadzał ją smród tak ogromny, że nie dawało się wytrzymać. Uciekać nie było gdzie, bo staliśmy w zatoce na kotwicy. W grę ewentualnie wchodził ponton.... Mieliśmy już straszne wizje gdzie 8 osób siedzi na pontonie i holuje śmierdzący jacht.... Żeby chociaż ten nasz pokładowy dramat miał happy end, niestety... Trzeba było ewakuować się w krzaki na ląd. Rano obudził nas niepokój w sercach. Wiatr był dość silny i okazało się, że zniosło nas z bezpiecznych 15 metrów nad dnem na 3! Odpaliliśmy silnik, który na szczęście zadziałał (w przeciwieństwie do WC) i z kopyta wypłynęliśmy z zatoki. Stwierdziliśmy, że wiatr się rozwiewa, wykorzystując wszystkie oszczędzane wcześniej podmuchy. Niebo zrobiło się nieprzyjemnie szare, wiec płynęliśmy do najbliższego portu żeby się schronić.

Stari Grad
Wybór padł na Stari Grad na wyspie Hvar. Żeby dotrzeć do portu trzeba było przepłynąć dość długą zatokę. Zestresowaliśmy się w trakcie parę razy, ponieważ nasza sonda wskazywała głębokości, na których nasz jacht nie miał prawa płynąć! później okazało się, że sonda kłamie... Wiatr był coraz silniejszy ale bardzo ciepły. Dowiedzieliśmy się z komunikatów meteo, że ten wiatr nazywa się jugo, a z opisów, że może trwać 3-7 dni. Sama radość. Zapowiadało się dłuższe stanie. Zadzwoniliśmy więc do mariny w Sukosanie w sprawie zepsutego WC i ewentualnych napraw. Spec miał się ukazać następnego dnia. W nieco lepszych nastrojach ruszyliśmy na miasto, a wieczór spędziliśmy w restauracji "Krka". Podają tam pyszne danie z ryb dla dwóch osób. Rewelacja... Rano, według speca, mieliśmy zreperowany WC. Okazało się, że sól z wody morskiej postanowiła osadzić się w rurkach i skutecznie zablokować odpływ i wypływ. Nastanie komfortu opłaciliśmy 300 DM. Po tych szaleństwach finansowych postanowiliśmy bardzo dokładnie poznać miasteczko.
Zabudowa w całości, łącznie z ulicami wykonana jest z miejscowego budulca. Wszędzie porozstawiane są kwiaty w przedziwnych doniczkach. Takiej Chorwacji szukaliśmy! Drepcząc wieczorem po wypolerowanych ulicznych kamieniach ogarnął nas nagle mrok. W popłochu pobiegliśmy w kierunku portu, a tam też gasną światła. Co jest? Okazało się, że 30. września to dla nich koniec sezonu turystycznego i w związku z tym nadmiar światła jest zbędny. Rozejrzeliśmy się dookoła i rzeczywiście knajpy pozamykane, stoliki pochowane.... Lodziarnia - czynna! Ruszyliśmy w tym kierunku. Na miejscu okazało się, że lody są za darmo, bo już zamykają, a otworzą dopiero za parę miesięcy.... Oczywiście skorzystaliśmy. Następnego dnia był już październik. Poza tym nic się nie zmieniło. Wiatr nadal duł jak opętany. Zaczęliśmy się zastanawiać co w takim małym mieście można zrobić, żeby nie zwariować z nudów. Skutery!!! To był świetny plan. Wypożyczyliśmy skutery i wybraliśmy się na wycieczkę do Hvaru
leżącego po drugiej stronie wyspy.

Hvar
Droga była bardzo kręta, a poza tym na skuterach zbyt szybko się nie dało się jechać.Hvar okazał się być miastem bardzo uroczym. Wystawiony był jednak na bezpośrednie działanie jugo co znacznie
utrudniało zwiedzanie. Fale przelewały się po nabrzeżu i wściekle uderzały o stromy brzeg. Zobaczyliśmy jugo w całej okazałości. Wśród murów było zdecydowanie spokojniej. Znaleźliśmy super knajpkę, gdzie pod drzewami pomarańczy spożyliśmy bardzo dobry obiad.
Do Starego Gradu dotarliśmy jak już było ciemno i pełni wrażeń poszliśmy spać.

Milna
Następnego dnia wiatr już nami tak nie pomiatał, palmy już nie kłaniały nam się w pas, postanowiliśmy więc ruszyć w drogę powrotną. Popłynęliśmy do Milny na wyspie Brac. Miasto nie zrobiło na nas zbyt dużego wrażenia, więc zrezygnowaliśmy ze zwiedzania. Wieczorem wiatr stężał i baliśmy się, że znów zostaniemy zblokowani na parę dni, a tu trzeba było się spieszyć żeby w terminie zdać jacht.

Rogoznica
Dzień, w którym dotarliśmy do Rogoznicy, nie rozpieszczał nas za bardzo. Nachodziły nas ulewy i do tego wszystkiego nie było grama wiatru. Całą drogę z Milny przeszliśmy kotłując na silniku. Rogoznica
świeciła pustkami, a podobno jest to najbezpieczniejszy port w tej części Adriatyku. Pochmurne nastroje poprawiliśmy sobie w kulinarnie i od razu było lepiej.

Kornaty
Powitaliśmy je ponownie. Brak słońca i roślinności spowodował, że wyspy wyglądały majestatycznie i groźnie. Płynęliśmy wzdłuż urwistych brzegów wypatrując wejścia do mariny schowanej za jedną z wysp. Była to marina sama w sobie, bez żadnego sąsiadującego miasta, położona na malutkiej wyspie Panitula Vela "tyłem" do Adriatyku, a na przeciwko wyspy Piskera. Do dyspozycji były keje
z martwymi kotwicami, sanitariaty, sklep i restauracja. Ogólnie dość drogo ale za to widoki ze wzniesienia za darmo i do tego wspaniałe.

Rano opuściliśmy to zadziwiające miejsce z nadzieją dotarcia do Biogradu. Po drodze stanęliśmy jeszcze na ostatnią kąpiel i w momencie gdy zamierzaliśmy odpalić silnik okazało się to niemożliwe. Silnik nie wydał najmniejszego tchnienia.... Zupełna klapa. Znów nerwy, telefony do mariny i czekanie... Na żaglach podpłynęliśmy jeszcze w miejsce bardziej odsłonięte od wiatru i utknęliśmy z nadzieją szybkiej odsieczy. Przypłynął mechanik, coś pogrzebał, popukał i popłynął mówiąc, że będzie następnego dnia. Nazajutrz zadzwonili do nas mówiąc, że to nasza wina, że silnik nie działa. Nastawieni bojowo
oczekiwaliśmy pomocy. Przypłynął kolejny mechanik, wymienił rozrusznik i silnik zadziałał. Szybko popłynęliśmy do Sukosanu żeby przygotować jacht do przekazania. Już nic więcej na szczęście się nie popsuło. Dotarliśmy bezpiecznie na miejsce. Następny dzień zaczęliśmy od formalności a następnie zapakowaliśmy się do naszych czterech kółek i wyruszyliśmy w drogę do kraju.


Agnieszka Czernek-Olszewska

Za i przeciw:
+ nie ma tłumów
+ piękne jesienne krajobrazy (przy odrobinie szczęscia można znaleźć krokusy?!)
+ dużo miejsca w portach i marinach

 

- ryzykowny termin, by trafić na ładną pogodę
- mniejsze miejscowości turystyczne przestają być turystyczne z końcem września
- woda nie jest już najcieplejsza ale zdecydowanie cieplejsza niż w maju
- Y999 jest zdecydowanie na 6 osób a nie na 8, no chyba że ktoś lubi spadać
w czasie snu z koi w mesie (bardzo wąskie i się nie rozkładają)

Referencje