Karaiby - odsłona pierwsza

Rok:  2005
Kraj:  Wyspy Morza Karaibskiego
Akwen:  Morze Karaibskie
Trasa:  Martynika-St.Lucia-St.Vincent i Grenadyny-St.Lucia-Martynika

 

W Fort de France wylądowaliśmy dzień wcześniej niż zaczynał się
czarter. Po wyjściu z lotniska obezwładniła nas wysoka temperatura. No
tak... niby człowiek wie że "tu" jest ciepło ale ciężko zapomnieć, że
"tam" zima w najlepsze. Zmęczeni kilkunastoma godzinami podróży
dowlekliśmy się do postoju taksówek. Okazało się, że tak jak u nas w
kraju obowiązuje stawka za kilometr ale różnica polegała na tym, że
miejscowi taksówkarze nie włączają taksometrów... i mimo tego faktu
targowanie się absolutnie nie wchodziło w grę.

Dotarliśmy do hotelu i z dziką rozkoszą skorzystaliśmy z
dobrodziejstw łazienek, a później z hotelowego basenu. Wieczorem załogi
postanowiły iść do knajpy na rybę. W recepcji zasięgnęli języka gdzie
obiecano im, że taksówka o umówionej godzinie zabierze nas do
restauracji, która niby jest niedaleko ale bezpieczniej tam pojechać
niż iść. Cudownie. Odświeżeni wpakowaliśmy się do busa i dalej jazda na
kolację. Po dłuższej chwili zaczęliśmy się nerwowo kręcić na
siedzeniach, jedziemy i jedziemy... Jedziemy, wyjechaliśmy nawet z
miasta, tylko droga, taksówkarz i my... Co jest!? Zaczęły się nerwowe
rozmowy z taksówkarzem. Ale on jak dotąd rozumiał po angielsku, tak
teraz nie bardzo. Czarne wizje zaczęły nam migać przed oczami, zrobiło
się nieciekawie i wtedy po 40 minutach jazdy (niedaleko!) zobaczyliśmy
knajpę. Nie robiła najlepszego wrażenia. Było w niej pusto i jakoś tak
nie do końca czysto... Część chciała wracać ale ostatecznie zostaliśmy.
Jedzenie okazało się w porządku ale jechanie taki kawał drogi wydało
nam się mocno naciągane. Zmęczeni wróciliśmy do hotelu. Pięć godzin
różnicy czasu i niedawne emocje dały się we znaki.

Następnego dnia pojechaliśmy do Le Marin gdzie mieliśmy odebrać
katamarany. Nasz miał być gotowy o 12.00 ale pani z obsługi
zdecydowanie oponowała jakoby dostała faks z taką adnotacją. No
taaak... Czekaliśmy więc w upale patrząc na "puste przeloty" obsługi
mariny i coraz bardziej gotowały nam się mózgi. Wreszcie jest! Pakujemy
się na nasz katamaran. Robił wrażenie gdyż przede wszystkim był
...bardzo duży i nowy. Nautitech 47 do ułomków nie należy. W sam raz
dla naszej szacownej załogi. Teraz tylko należało zasztauować jedzenie,
rozeznać się co gdzie jest w królestwie kuchennym i zacząć szykować
kolację.

Okazało się, że przejęcie jachtu i odprawa która nam została na
następny dzień, to nie jest taka szybka sprawa. Zrobiła się godzina
13.00 jak odbijaliśmy w pośpiechu od kei. Obraliśmy kurs na wyspę
St.Lucia, a konkretnie na Marigot Bay. Zdjęcia w locji i w przewodniku
wyglądały zachęcająco.Gdy po kilku godzinach pojawiliśmy się u wejścia
do zatoki otoczyła nas chmara lokalnych łódek. Wisząc na naszych
burtach przekrzykiwali się wzajemnie, oferując niemalże wszystko:
banany, wodę, paliwo, kokosy, rękodzieło z trzciny, paciorki....
Historia jest przewrotna... kiedyś przecież "biali" sprzedawali
tubylcom paciorki. Przekonaliśmy się po raz kolejny, że targowanie się
absolutnie nie wchodzi w grę. Trzeba było wyczuć kiedy się wycofać, bo
mogło się skończyć na ostrych słowach. Człowiek całe życie się uczy....

Rankiem część załogi popłynęła nurkować na rafę. Na chwilę
zeszliśmy na ląd, w większości opanowany przez Niemców z pobliskiego
hotelu i postanowiliśmy się przejść. Jeden ze starszych miejscowych
zagadał nas i namówił na przewiezienie go naszym pontonem na drugą
stronę zatoki. Tam nagle zniknął, by po chwili wrócić z kokosami, które
nam rozłupał i dał do picia. Poza tym całkiem przyjemnie się z nim
rozmawiało. Utkwiło mi jedno ze zdań, które wypowiedział: "Respect
Nature and Nature will respect you". Chwilę później, po powrocie na
jacht prysła nasza szansa na spokojne parę godzin, ponieważ wiatr
stężał i zaczęły się problemy z kotwicą. No, za nic w świecie nie
chciała się trzymać dna i już! Rzucając i wybierając przeoraliśmy chyba
całą zatokę, były też momenty mocno dramatyczne ale wreszcie stanęliśmy
w osłoniętym od wiatru miejscu. I jak udało nam się wreszcie usiąść i
przez chwilę nic nie robić, to odezwał się telefon, że załoga wraca....
Ciężkie życie... Wyciągnęliśmy więc tę z trudem rzuconą kotwicę i
ruszyliśmy na północ do Rodney Bay, ponieważ była tam marina, a załogi
naszych katamaranów stanowczo domagały się postoju przy stałym lądzie.
Wejście do portu było mocjonujące. Mieliśmy wrażenie, że przesmyk
którym się wpływa jest dokładnie szerokości naszego jachtu. Wrażenie
potęgował jeszcze prąd, który się tam tworzył. Wpłynęliśmy jednak bez
problemu i zajęliśmy miejsce przy pomoście, które było dokładnie tak
szerokie jak nasza łódka. Wokół mnóstwo jachtów ale raczej bez załóg i
brak odgłosów portu czyli tupania po drewnianych pomostach,
nawoływania, gwaru z barów i restauracji. Było niesamowicie cicho.
Załogi ruszyły do miasta do restauracji, a my mieliśmy wolne i
delektowaliśmy się tą ciszą.

Bardzo wcześnie rano, nie budząc naszych załóg odcumowaliśmy
jachty i wyszliśmy z portu. Cel był dość odległy. Blue Lagoon na
południu wyspy St.Vincent. Po drodze na chwilę zatrzymaliśmy się
jeszcze przy małej rafie w pobliżu Pitonsów czyli Petit Piton i Gros
Piton. Są to dwa wulkaniczne stożki bardzo charakterystyczne dla
karajobrazu wyspy. Po kąpieli gnaliśmy co koń (mechaniczny) wyskoczy
żeby zdążyć przed zachodem słońca, a zachody na tej szerokości
geograficznej są niewzruszenie wczesne i szybkie. Wywołaliśmy marinę
przez radio żeby zapytać o wolne miejsca. Okazało się, że z postoju
przy kei nici ponieważ nie ma miejsc. Stanęliśmy więc na pięknie
położonym kotwicowisku. Załogi wybrały się do restauracji, a my
mieliśmy wolne. W tym czasie podpłynął do nas miejscowy. Różnił się od
innych tym, że nie był nachalny. Zaczął od tego czy nie mamy śmieci do
wyrzucenia, bo ich wyrzucaniem zarabia na życie. Był dość biedny, nie
stać go było nawet na mały silniczek do łódki, który był normą u jego
konkurencji. Daliśmy mu śmieci razem z kasą za ich wywóz . Zaczął nam o
sobie opowiadać i wypytywać nas o różne rzeczy. Kupiliśmy trochę
paciorków na pamiątkę i zamówiliśmy lód, który nam później przywiózł.
Kazał na siebie mówić Baby Boy.

Następnego dnia weszliśmy do mariny żeby zatankować wodę i
zrobić zakupy. Chcieliśmy się odprawić ale pracownicy mariny robili
przedziwne miny na hasło "Custom Office"... Nie to nie. Szukać nie
mieliśmy specjalnie ochoty. Podjęliśmy za to intensywną naukę luzu od
miejscowych. Wystarczyło na nich popatrzeć i od razu człowiek nabierał
dystansu do wszystkiego i wszystkich. Odliczanie czasu, to.... strata
czasu. To chyba było ich motto. Zaczęliśmy zatracać dygot miejski i
poddaliśmy się obezwładniającej temperaturze. W oddali na plaży
zobaczyliśmy Baby Boya, który zbierał muszelki do wyrobu swoich
naszyjników. Po zakupach i tankowaniu ruszyliśmy, zgodnie z życzeniami
naszej załogi, dalej na południe, a drugi katamaran zaczął wracać na
Martynikę. Stanęliśmy na kąpiel w Admiralty Bay na Bequia. Piękna,
długa plaża, palmy, złoty piasek, woda jak szmaragd.... Miejsce
wymarzone na popołudniową sjestę. Dotarcie na plażę pontonem było
ekscytujące. Na falach przyboju ponton zachowywał się jak narowisty
rumak, parę razy o mało co nie wybrał wolności. O zmierzchu ruszyliśmy
w drogę powrotną na północ. Do przepłynięcia mieliśmy około 90 mil. Z
początku zachłysnęliśmy się prędkościa, wiatrem i całą tą otoczką
towarzyszącą nocnemu pływaniu. Po krótkim czasie wiatr jednak osłabł
tak bardzo, że nasz krążownik ledwo sunął naprzód. Nie pozostawało nic
innego jak włączyć silnik. I tak przez całą noc...

O wschodzie słońca, który barwami i scenerią przypominał
klasyczny zachód słońca, odwiedziło nas niezwykle liczne stado
delfinów. Do tej pory każda próba pójścia po aparat kończyła wizytę
tych przesympatycznych ssaków, a tym razem udało się nam! To chyba
magia nietypowego wschodu słońca... Rankiem stanęliśmy w zatoce Marigot
du Diamant nieopodal Le Marin. Czas do popołudnia spędziliśmy na
kąpielach, dreptaniu po wybrzeżu i miłym nic nierobieniu. Przy okazji
mogliśmy podziwiać wyczyny motolotniarza, który "woził" hotelowych
turstów. Czasem wyglądało to dramatycznie, zwłaszcza gdy turysta był
bardzo słusznej postury. Do mariny wpłynęliśmy dzień przed końcem
czarteru ze względu na część załogi, która musiała wcześniej wrócić. Po
drodze minęliśmy polski jacht ze znajomym na pokładzie, którego
odwiedziliśmy po przypłynięciu do portu. Na miejscu zastaliśmy już nasz
drugi katamaran. Załogi wykorzystały fakt, że mieli pewny grunt pod
nogami w postaci pomostów i postawiły na imprezę. Po oporządzeniu
jachtu, przygotowaniu przekąsek, wieczór spędziliśmy na naszym drugim
jachcie, przegryzając przepyszną pizzę z pobliskiej budki.

Rano, już w okrojonym składzie, wypłynęliśmy z portu i
stanęliśmy na kotwicowisku w zatoce Cul-de-Sac du Marin, niedaleko
ClubMed. Z rekonesansu brzegowego załogi (w całości męskie) wróciły
podekscytowane. Tajemnica szybko się wydała. Dowiedzieli się, że
niedaleko na plaży w Salines można zobaczyć dużo miejscowych i nie
całkiem ubranych piękności zażywających kąpieli słonecznej. Mimo dość
późnej pory popłynęliśmy zobaczyć to zjawisko ale po dotarciu na
miejsce okazało się, że wspomniane piękności opuściły już plażę. Zatoka
niestety nie nadawała się na nocleg. Kotwiczenie było wykluczone ze
względu na bardzo duże falowanie, a jachty raczej odpływały z tego
miejsca. Tak więc, kotwica poszła w górę, a silnik cała naprzód
ponieważ nieubłaganie zbliżał się zachód słońca. A tutaj nie istnieje
pojęcie "zmierzch". Po zachodzie słońca prawie natychmiast zapadają
egipskie ciemności. Na tor podejściowy wchodziliśmy w ostatnich
promieniach słońca. Spowodowało to lekki wzrost adrenaliny, gdyż do
portu wpływa się między rafami! Dopłynęliśmy jednak bez niespodzianek.

Poranna krzątanina i zdawanie jachtu zakończyło się sukcesem. Na
jachcie zostało sporo smakołyków ku uciesze ekipy sprzątającej. Załogi
odjechały do Fort de France, a my zostaliśmy jeden dzień dłużej, żeby
pomóc znajomym przejąć ich katamaran i podzielić się wrażeniami z
naszego rejsu. Przyjechali wieczorem, bardzo zmęczeni, więc dłuższe
rozmowy pozostawiliśmy na następny dzień. Od rana trwało przejmowanie
katamarana, a po zdaniu relacji z naszej wyprawy zostawiliśmy ich sam
na sam z wizją wielkiej przygody. Wynajęliśmy auto i ruszyliśmy na
objazd Martyniki. Pojechaliśmy na plażę w Salines żeby potwierdzić
obecność rozebranych piękności i zobaczyć to miejsce od strony lądu.
Poza tym, że pań topless było tyle co u nas nad Bałtykiem, to miejsce
zdecydowanie lepiej prezentowało się z wody. Przeraził nas tłum,
którego niedostrzegaliśmy z jachtu. Mnóstwo straganów, budek z
jedzeniem, samochodów. Zupełnie jak w Łebie latem. Trochę popływaliśmy,
trochę się poopalaliśmy i czym prędzej ruszyliśmy w dalszą drogę.
Postanowiliśmy za radą przewodnika zwiedzić Habitation Clement. Starą
posiadłość z XIX wieku, gdzie jeszcze do 1988r. wytwarzany był rum.
Wiedzie do niej piękna palmowa aleja. Na terenie można zwiedzać
destylarnię, magazyn - w którym jeszcze leżakuje 1400 beczek rumu! i
rezydencję. Znajduje się tu również sklepik z lokalnym rumem i
likierami na jego bazie. Z zachowanym biletem wstępu można wziąć udział
w degustacji wybranego trunku i my oczywiście z tego przywileju
skorzystaliśmy. Miejsce bardzo urocze i warte polecenia. Z tego miłego
zakątka udaliśmy się do Fort de France, gdzie czekał na nas pokój w tym
samym co poprzednio hotelu.

Odświeżyliśmy się i pojechaliśmy do centrum, bo miała przejść parada
z okazji karnawału. Cudem znaleźliśmy miejsce na samochód i ruszyliśmy
do centrum. Byliśmy właściwie jedynymi białymi, w dodatku jasno
ubranymi więc czuliśmy się mocno wyobcowani w tym roztańczonym i trochę
wstawionym tłumie. Zauważyliśmy jedną ciekawą rzecz. Znakiem
rozpoznawczym uczestników parady były przede wszystkim kolorowe
rajstopy i getry. Coś, co u nas jest normalnym dodatkiem garderoby tu
zyskiwało miano przebrania! Poza tym kobiety ubrane były wystrzałowo,
niekiedy nawet wyzywająco, a mężczyźni przebrani byli za... kobiety.
Wyglądali jak Drug Queens. Zewsząd dobiegała muzyka, a parada posuwała
się na przód w transowym rytmie bębnów. Przed każdą grupą jechały
niesamowicie przerobione pojazdy, rzadko kiedy przypominające
samochody. Oszołomieni tym co zobaczyliśmy, chcieliśmy dostać się do
portu, w którym cumował akurat "Fryderyk Chopin" ale ulice dojazdowe
były pozamykane i im bliżej portu tym więcej pijanej młodzieży
szwendało się po ulicach. Zrezygnowaliśmy z zamiaru dotarcia do
polskiej jednostki i skupiliśmy się na czymś do jedzenia albowiem
żołądki nasze mocno domagały się pokarmu. Zatrzymaliśmy się przed
niepozorną budką z pizzami, wiedzeni doświadczeniem, że gdzie stołują
się miejscowi musi być dobre jedzenie. I rzeczywiście pizza była
doskonała! Pełni wrażeń wróciliśmy do hotelu i zapadliśmy w głęboki
sen.

Po hotelowym, obfitym śniadaniu, zapakowaliśmy bagaże i
ruszyliśmy na północ Martyniki. Oddaliliśmy się od wybrzeża i w
miejscowości Balata, mogliśmy podziwiać kościół, który był dokładną
kopią Sacre Coeur w Paryżu. Brakowało mu tylko spektakularnych schodów
przed wejściem jakie ma oryginał ale widok był równie piękny. Dalej na
północy zatrzymaliśmy się w Jardin de Balata. Jest to tropikalny ogród
założony przy kreolskiej rezydencji. U wejścia witają gości
najprawdziwsze kolibry! Dalej jest już tylko piękniej. Zwiedzających
prowadzi niepozorna ścieżka, która ma wiele rozgałęzień i często
niespodziewanie się kończy. Rośliny są pięknie wyeksponowane, w głowie
kręci się od zapachów i kolorów. Wielką frajdę sprawiało nam
odnajdywanie okazów, które do tej pory znaliśmy jedynie w postaci
doniczkowej z mieszkań i biur, a tutaj były to nierzadko drzewa lub
olbrzymie krzewy. Po tej uczcie dla oczu skierowaliśmy się w stronę
wybrzeża. Zatrzymaliśmy się w miejscowości St.Pierre. Historia tego
miejsca jest bardzo smutna. Z bogatego i eleganckiego portowego miasta
stało się w jednej chwili prawie nic nie znaczącą miejscowością. Miało
to miejsce w 1902r. kiedy to wybuchł wulkan Mount Pelee i zrównał to
miasto z ziemią. Uratował się tylko jeden człowiek. Jak do tego doszło?
Oto historia: W 1902r. tuż przed erupcją wulkan dawał o sobie znać.
Władze lokalne, zajęte kampanią przedwyborczą na stanowisko burmistrza,
bały się jednak ogłosić stanu zagrożenia w obawie przed małą frekwencją
w lokalach wyborczych. Z miasta wyjechało tylko tysiąc osób.

Następnego dnia wulkan wybuchł z taką siłą, że
zalał całe miasto, a gorąca lawa spowodowała, że woda w zatoce się
zagotowała. Jedyny człowiek, który się uratował był więźniem. Dzień
przed wybuchem wdał się po pijanemu w bójkę i wsadzono go do więzienia.
Uratowały go bardzo grube mury jego celi. Jak się z niej wydostał
historia nie wspomina ale celę można zobaczyć, jak i inne ruiny.
Mieszkańcy postanowili zachować świadectwa tego dramatycznego
wydarzenia i budują nowe domy pomiędy zniszczonymi przez wybuch
zabudowaniami. Nie wygląda to może pięknie ale robi wrażenie, tym
bardziej że wzmaga się kontrast pomiędzy tym co nowe, a tym co
zniszczone. Z St.Pierre udaliśmy się na półwysep Caravelle. Chcieliśmy
zobaczyć tam ruiny XVII-wiecznej cukrowni. Gdy dojechaliśmy na miejsce,
to okazało się, że ruin nie widać spod ciżby dzieci, które tam były.
Wyglądało to tak, jakby zjechały się szkoły i przedszkola z całej
Martyniki! Horror... Harmider jaki czyniły te małe istoty był
porażający, do tego jeszcze nauczyciele mówili przez megafony żeby je
przekrzyczeć. Zwinęliśmy się stamtąd szybciutko i ruszyliśmy już prosto
do Le Lamentin. Oddaliśmy samochód w oddziale niedaleko lotniska i
busikiem dostaliśmy się pod halę odlotów. Pozostało już tylko czekać na
nasz lot.

 

Więcej zdjęć z Karaibów można obejrzeć w galerii.