Jak na majówkę, to do Chorwacji!

Rok:  2002
Kraj:  Chorwacja
Akwen:  Środkowa / Południowa Chorwacja
Trasa:  Primosten - Trogir - Split - Hvar - Vis - Drvenik Veli - Primosten

Pływaliśmy już po Adriatyku jesienią na przełomie września i
października, Maciek pływał w samym szczycie sezonu na początku
sierpnia, postanowiliśmy więc pożeglować po tym akwenie wiosną.
Wybraliśmy się zatem na majówkę. Już na starcie pogoda nie była
zachwycająca. Padało w Polsce, padało w Czechach, padało w Austrii i co
najgorsze padało również w Chorwacji.

Primosten / Marina Kremik
Dojechaliśmy do Primostenu, do
mariny o wdzięcznej nazwie Kremik i wypakowaliśmy się w strugach
deszczu. Nasza łajba "Elan 431" już na nas czekała. Była zdecydowanie
większa niż te, na których pływaliśmy do tej pory po Adriatyku. Miała
13,5 metra długości, 2 kabiny 2-osobowe na rufie, każda z WC, 2 kabiny
dziobowe z piętrowymi kojami, z WC wspólnym, przestronną mesę i
stanowisko nawigatora. Byliśmy zachwyceni, mimo tego w ciągle
zmokniętych nastrojach położyliśmy się spać z nadzieją na lepsze jutro.
Rano: SŁOŃCE! aż chce się żyć i nawet niezbyt urokliwa marina Kremik
wydała nam się piękna... Oddaliśmy cumy i ruszyliśmy w rejs przy
zmiennonastrojowym wietrze.

Trogir
Przy podejściu do Trogiru towarzyszy hałas z psującej
widok swą brzydotą stoczni. Dopłynęliśmy do miasta pod wieczór i
ustawiliśmy się w marinie. Miasteczko jest przepiękne. Samo historyczne
centrum ulokowało się na wysepce między dużą wyspą Ciovo a lądem.
Uliczki wąziutkie, domy malutkie, kościoły w większości nieczynne, za
to knajpy jak najbardziej otwarte. Jedną z nich postanowiliśmy
sprawdzić i nie pożałowaliśmy. Jedzenie i obsługa wyśmienite.
Następnego dnia jeszcze na chwile wyskoczyliśmy na miasto żeby w
świetle dnia zobaczyć to czego nie było widać w nocy. Zrobiliśmy przy
okazji zakupy i ok.południa wypłynęliśmy.

Wiatr był niczego sobie, słońce ustąpiło mu pola. W planach była
Milna na wyspie Brac. Eol zadecydował inaczej, wiatr wiał prosto w
twarz z prędkością ok.20 węzłów, fale bawiły się naszym jachtem
zuchwale i w związku z tym skróciliśmy dystans do przebycia.
Popłynęliśmy do Splitu ku radości znacznej części załogi...

Split
Niby Split od Trogiru nie jest daleko ale dotarcie tam
przy takiej pogodzie zajęło nam prawie cały dzień. Stanęliśmy w
marinie, jakieś 15 min. pieszo od starówki. Po sutym obiedzie na
jachcie poszliśmy zwiedzać Split. Większość z załogi była tam pierwszy
raz. Emocje były więc duże. Było kolorowo, tłoczno i głośno.
Historyczne centrum mieszczące się w murach dawnego pałacu Dioklecjana
sprawiało, że atmosfera była tajemnicza. W ruinach niesamowicie
wkomponowanych w mieszkalno-handlową zabudowę spotkaliśmy elegancko
odzianych ludzi tworzących spontaniczny chór. Śpiewali pięknie,
wkładając w to wszelkie uczucia, a głos niósł sie po murach jeszcze
daleko od miejsca gdzie stali. Zmęczeni dreptaniem wróciliśmy na jacht.

Rano szybko zrobiliśmy zakupy na targu i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Wiatr znów nam nie sprzyjał, tym razem dlatego, że go w ogóle nie było.
Obudziliśmy silnik. Na szczęście słońce dopisało, więc opalaliśmy się
łapczywie. Popołudnie spędziliśmy w zatoce przy wyspach naprzeciw
Hvar'u. Po obiedzie spożytym na jachcie wstąpił w nas nowy duch
odkrywców. Postanowiliśmy aktywować ponton. Wyspa wyglądała na
niezamieszkałą, więc tym bardziej chcieliśmy ją zobaczyć.
Pograsowaliśmy po ostrych skałach, spłoszyliśmy kozią rodzinę,
przeszliśmy przez grzbiet na drugą stronę, popluskaliśmy w naturalnie
utworzonych basenach i wróciliśmy na jacht. Pora była najwyższa. Dzień
miał się ku końcowi, a w kierunku Hvaru ile sił w żaglach i motorach
sunęły jachty. My też wzięliśmy udział w tym wyścigu i całe szczęście,
bo zajęliśmy jedno z ostatnich wolnych miejsc przy nabrzeżu. 90%
jachtów przy nabrzeżu zapełnionych było rodakami. Polaków o tej porze
roku jest w Chorwacji sporo ale w tym przypadku tak duże ich skupienie
w jednym miejscu wynikało z tego, że pływali we flotylli.

Hvar
Późnym wieczorem dopłynęli nasi znajomi lecz zmuszeni byli stanąć na
kotwicy. Tego wieczoru postanowiliśmy zakosztować miejscowej kuchni.
Znaleźliśmy knajpkę schowaną w ogrodzie o obiecującej nazwie "Paradise
Garten". Skończyło się na obietnicach. Tylko dzięki zagorzałej dyskusji
mineło nam prawie bezboleśnie 1,5 godziny czekania na posiłek!!! Wcale
nie był najlepszy. Zdegustowani udaliśmy się na jacht, gdzie
obchodziliśmy imieniny koleżanki w zdecydowanie lepszej atmosferze.
Mimo poźnego położenia się spać, rano część załogi pomknęła w miasto
wyżyć się fotograficznie. Zebraliśmy się jednak szybko, gdyż czekała
nas droga na wyspę Vis. Usytuowana jest ona z dala od innych wysp i
przez to wzbudzała ciekawość.

Vis a Vis
Pogoda nam sprzyjała i szybko dotarliśmy do celu.
Tzn. najpierw weszliśmy do zatoki Stoncica. Razem z jachtem naszych
znajomych stanęliśmy burta w burtę na kotwicach. Niektórzy przymierzali
się do kąpieli. Woda była potwornie zimna, w grę wchodziła pianka lub
masochistyczne skłonności. Reszta zabrała ponton i udała się na
penetrowanie okolicy. Nad brzegiem zatoki stał opuszczony dom z
ogrodem, nie było żadnej drogi, wiec mieszkańcy musieli docierać tu od
strony wody. Z góry zatoka wyglądała bajkowo. Woda miała wszelkie
odcienie turkusu. Niebo było błękitne. Po prostu żyć nie umierać! Po
południu podnieśliśmy kotwice i ruszyliśmy do miejscowości Vis
położonej na końcu zatoki na północnej stronie wyspy. Porcik malutki, a
właściwie kawałek nabrzeża. Zacumowaliśmy na przeciwko dziwnego
budynku, który następnego dnia rano okazał się być halą targową!

Miasteczko ospałe, podupadłe ale nie brudne, ludzi niewiele, za to
bardzo dużo bardzo dużych palm. Wszystkim nam, nie wiedzieć czemu
zabudowa kojarzyła się z Hawaną na Kubie. Dowiedzieliśmy się, że w
mieście są 3 restauracje. Pierwszej nie znaleźliśmy, druga była
zamknięta ale miała imponujący ogród, trzecia była otwarta. I całe
szczęście bo była daleko, a do jachtu nie chciało nam się wracać.
Rozsiedliśmy się przy stole, a że było nas 15 osób, stół był duży.
Właściciel restauracji był wniebowzięty jak się okazało, że przyszliśmy
głodni. Pod koniec stawiał już litrowe butelki wina całkiem od siebie.
Siedzieliśmy tam aż do późnej nocy. Po uczcie środek ciężkości
zdecydowanie nam się obsunął. Z trudem dowlekliśmy się do jachtu.

Rano wiatr stężał i jachtem szarpało na cumach. Wypłynęliśmy przed
południem, a na morzu było jeszcze bardziej falująco i wiejąco. Po
drodze pożegnaliśmy znajomych i kołysząc się z boku na bok i z dziobu
na rufę w kursie baksztagowym dopłyneliśmy do wyspy Drvenik Veli.

Drvenik Veli
W Drveniku zacumowaliśmy burtą do betonowej kei. Wielka plansza
informowała wszem i wobec, że jesteśmy w marinie Drvenik. Pod tym
napisem widniały rysunki kuszące obietnicą typu: WC, prysznic itp. i
wszystkie były przekreślone albowiem marina Drvenik to TYLKO betonowa
keja.

Miasteczko Drvenik to właściwie większa wieś. Niespotykanego uroku
dodawały kwiaty. Były wszędzie, zwieszały się, płożyły, pięły lub rosły
najnormalniej w świecie. W tejże wsi ulokowało się małżeństwo Chorwata
i Finki, którzy prowadzą galerię "Atelje Tramontana". Można u nich
nabyć prace wspomnianej Finki, która jest malarką. Są tam więc
akwarele, malunki na kamieniach i pocztówki. Dodatkowo sprzedają miód z
rozmarynu (pycha!), oliwę z oliwek, ocet winny, wino i różne inne
artykuły. Wszystko raczej drogie, a nawet bardzo drogie (prace Finki).
Widać, że nastawieni są głównie na Niemców i Austriaków, którzy
wiadomo, mają zasobniejsze portfele. Wieczorem odwiedziliśmy
restaurację "Jare". Prowadzi ją młody mężczyzna do spółki z tatą,
siostrą i żoną. Ponieważ jeszcze nie było sezonu miał dla nas czas i po
kolacji gawędziliśmy sobie przez dłuższą chwilę. Opowiadał, że Drvenik
zamieszkują sami emeryci, a młodymi ludzmi na wyspie jest tylko on i
my. I właściwie jeśli coś tu powstaje (restauracja, keja itp) to tylko
z inicjatywy ludzi z zewnątrz. (właściciel restauracji pochodzi ze
Splitu). Tak uświadomieni wróciliśmy na jacht.

Primosten
Rano wiatr szlał a my na celowniku mieliśmy
Primosten i marinę Kremik. Żegluga była bardzo męcząca. Fala była duża,
a wiatr w szkwałach dochodził do 8B. Na szczęście marina była
usytuawana w zatoce co sprawiało, że było tam zdecydowanie spokojniej.
Do Primostenu nie odważyliśmy się płynąć, ponieważ nabrzeże przy tym
kierunku wiatru było nawietrzne. Wybraliśmy się więc tam samochodami.
Stara część miasta położona jest na okrąglutkiej wysepce, do której
prowadzi grobla. Zabudowa nie robi większego wrażenia. Zdumiewa
natomiast.... cmentarz. Jest on po prostu niesamowity!!! Usytuowany
jest na szczycie wzniesienia i niektóre pomniki znajdują się tuż nad
urwiskiem! Taka kwaterka z widokiem na Adriatyk! Urzekające. Pod
wieczór wróciliśmy do mariny i wdrapaliśmy się na wzgórza otaczające
zatokę, żeby rzucić okiem na okolicę i przyjrzeć się z bliska uprawom
winorośli. Łupem naszym stały się uschłe konary winorośli, które wbrew
protestom właścicieli samochodów uparliśmy się zabrać ze sobą do kraju.
Teraz cieszą oczy i wnoszą do naszego domu trochę południowego
klimatu...

Następnego dnia ruszyliśmy w podróż powrotną do Polski. Tym razem pogoda była bardzo ładna, aż żal było wyjeżdżać....

Za i przeciw "majówki":

+ mało ludzi
+ miejscowi mają czas żeby bez pośpiechu porozmawiać
+ nie ma problemów z miejscami w portach i marinach

- zmienna pogoda z przewagą silnych wiatrów, raczej chłodno
- bardzo zimna woda, wyklucza kąpiel bez pianki

Autorem dwóch zdjęć oznaczonych (*) jest Marcin Hryniewicz

Referencje