Żółtodzioby kontra Morze Tyrreńskie

Rok:  1998
Kraj:  Włochy, Francja
Akwen:  Sardynia, Korsyka
Trasa:  Fumicino Cita (Włochy) - Fumicino Cita (Włochy)


13
lipca oddaliśmy cumy. My, żeglarze szuwarowo-bagienni, (oczywiście
oprócz kapitana i pierwszego), wzięliśmy kurs na Korsykę! Słońce
przyjaźnie nas ogrzewało, dla odmiany przyjemny wiatr o sile 2°B
chłodził, woda, której odcieniom turkusu nie mogliśmy się nadziwić,
miło chlupotała... Nic nie zapowiadało tego, co miało nadejść następnego
dnia...

 

14 lipca.
Wiatr stawał się coraz silniejszy, a my coraz bardziej mokrzy od docierających
wszędzie rozbryzgów fal. Po południu zgodnie orzekliśmy, że wieje
7°B i wcale nie zamierza wiać mniej. Niektórym od razu zrobiło się
gorzej i tak już zostało. Sceneria dookoła nas przypominała film grozy.
Ogromne fale w świetle księżyca w pełni. Nasz Carter 30 zachowywał
się jednak dzielnie, nie odbierając nam poczucia bezpieczeństwa. Wytrwale
wspinał się na fale i z lubością z nich zjeżdżał, zupełnie jak w lunaparku.
Neptun igrał z nami do późnej nocy i skończył bujaniem na martwej
fali.

15 lipca. Góra-dół,
góra-dół i tak do świtu. Wiatr zdechł w zupełnie nieodpowiednim momencie
gdy ukazały się nam wytęsknione brzegi Korsyki. W planach był port
Bonifacio na południu wyspy, ale brak wiatru, późna pora i labirynt
wysp archipelagu La Maddalena, zmusiły nas do wybrania Porto Vecchio,
leżącego bardziej na północ. Wpłynęliśmy do mariny, gdzie od razu
zajęła się nami obsługa. Należy w tym miejscu uprzedzić zainteresowanych,
że francuska odmiana angielskiego jest mniej zrozumiała niż polska.
Po dokonaniu czynności niezbędnych do egzystowania w cywilizowanym
porcie prysznice i toalety były płatne, wodę można było tankować
z kranów na kei rozpierzchliśmy się w poszukiwaniu lądowych wrażeń.
Miasteczko urocze, do późna w nocy tętniące życiem. Na wzniesieniu
ulokowało się historyczne centrum, z którego roztaczał się piękny
widok na port. Poza tym mnóstwo tam tajemniczych zakamarków z restauracyjnymi
ogródkami wabiącymi przechodniów muzyką, niczym syrenim śpiewem. Z żalem
wracaliśmy na jacht mając w perspektywie wczesną pobudkę

16 lipca. Popłynęliśmy
na południe. Nadzieje na Bonifacio znów się rozwiały w tężejącym wietrze.
W dyszy między Korsyką a Sardynią duło naprawdę mocno. Rzucani na
falach, walczący z cieknącym forlukiem, dotarliśmy do Porto Cervo
na Sardynii. Zatoka, do której wpłynęliśmy, ma dwie odnogi. W jednej
(po lewej od wejścia) jest keja, w drugiej (na wprost) marina, a tuż
przy wejściu kotwicowisko (oblegane ze względu na ceny przy kei
i w marinie). Tutaj również zajęła się nami obsługa. Tym razem jednak
czatowali na nas na pontonach już u wejścia do zatoki (ponieważ
marina i keja konkurowały ze sobą) coś krzycząc, machając rękoma i z trudem
utrzymując równowagę. Port sprawiał wrażenie puebla w kolorze łososiowym.
Bez regularnych ulic, za to z poziomami, które można było pokonywać
korzystając z labiryntu schodów, bram i krętych uliczek. Nie trzeba
było mieć żyłki poszukiwacza, żeby odkryć niezliczone restauracje,
butiki, sklepy żeglarskie, tajemnicze zakątki i ścieżki prowadzące
do nikąd albo, jak się czasem niespodziewanie okazywało, do prywatnego
mieszkania.

17 lipca. Aby nie
sprzedawać jachtu celem regulowania rachunku za postój, trzeba było
stanąć na kotwicowisku (nie wyszliśmy z zatoki ze względu na bardzo
silny wiatr). Przed oddaniem cum poznaliśmy parę sympatycznych Włochów
(mówili po angielsku). W trakcie bardzo serdecznej rozmowy toczonej
na naszym jachcie (ich był ściśle dwuosobowy) podzielili się z nami
swoim doświadczeniem i przeżyciami, użyczyli dokładniejszej locji
i poradzili, gdzie warto, a gdzie nie warto płynąć. Spotykaliśmy ich
później w niektórych z wymienionych przez nich miejsc. Przyszedł w końcu
czas naszego odejścia od kei na rzeczone kotwicowisko, więc pożegnaliśmy
naszych znajomych i oddaliśmy cumy.

18 lipca. Opuściliśmy
Porto Cervo i obraliśmy kurs na Caprerę jedną z wysp archipelagu
La Maddalena, między Korsyką a Sardynią). Rzuciliśmy kotwicę w zatoce
Porteza. Natura nie jest tutaj rozrzutna. Otoczenie przypomina trochę
nasze Tatry (wyższe partie). Mnóstwo skał ze skąpą roślinnością. Jedyne
bogactwo zatoki stanowiły niezliczone jachty i takaż ciżba ludzi na
nich przebywających.

19 lipca. Następna
na trasie była wyspa St. Stefano z zatoką Di Villamarina. U wejścia
zatoki minęliśmy wojskowy ponton z bazy po drugiej stronie wyspy.
Od jego załogi dowiedzieliśmy się, że oprócz owej bazy, na wyspie
znajduje się jeszcze kurort
z mariną, ruiny fortecy i opuszczony kamieniołom z portem. Do ruin
wybraliśmy się na popołudniowy spacer. Wiedzie do nich asfaltowa droga,
potem wśród niskich krzewów ścieżka, którą ruszyliśmy na podbój fortecy.
Wdrapaliśmy się najwyżej jak było można i podziwialiśmy widoki. Następnie
ruszyliśmy na eksplorację bliższej okolicy. Za małym wzniesieniem
ukazał się nam opuszczony kamieniołom. Dookoła porozrzucane resztki
zardzewiałych szyn i wagoników oraz niedokończony pomnik, jakoby niedoszły
pomnik zięcia Mussoliniego!
Pobliski port zrobił na nas niezapomniane wrażenie opuszczone budynki
i zardzewiałe maszyny. Mroczną tajemnicą tego miejsca okazała się
niezliczona mnogość szczurów, które ujawniły się dopiero w nocy. Zmusiły
nas do zakotwiczenia z dala od brzegu. W chwilę po naszym odejściu
od nadbrzeża, z cumującego nieopodal jachtu dał się słyszeć przenikliwy
wrzask, po czym ów jacht również oddalił się od brzegu. Opuszczony
port nazwaliśmy Portem Szczurów.

20 lipca. Rano
na kursie mieliśmy Palau, port na północnym brzegu Sardynii. Po zacumowaniu
poświęciliśmy czas na szaleństwa zakupowe. Ileż tam było sklepów żeglarskich!
Zupełnie jakby Palau było centrum zaopatrzenia żeglarzy. Z pełnymi
bakistami i bakami ruszyliśmy na kotwicowisko, w stronę trzech wysp:
St. Maria, Razzoli i Budeli.

21 lipca. Był to
dzień, w którym podjęliśmy walkę o spełnienie marzeń... czyli Bonifacio.
I nadszedł w końcu moment triumfu. Oczom naszym ukazał się klif z wciśniętymi
weń zabudowaniami i cytadelą oraz jaskiniami na poziomie wody. Bonifacio
usytuowane jest na końcu długiej zatoki przypominającej fiord. Ścisk
i duży ruch w porcie wymagały wprawnego oka w poszukiwaniu wolnego
miejsca. W końcu padło sakramentalne "tak stoimy". Robimy krótki rekonesans
opłata portowa umiarkowanie wysoka, krany z wodą na kejach, sanitariaty
płatne. Miasteczko urocze, z górującą nad miastem cytadelą. Niezwykłe
wrażenie wywiera jego ciasna zabudowa, wciśnięty między wąskie uliczki
kościół romański. Jakby czas zatrzymał się w miejscu.

22 lipca. Opuszczając
Bonifacio płynęliśmy przez chwilę w towarzystwie delfinów! Jakież
było poruszenie na pokładzie, a następnie jeszcze większe pod pokładem,
kiedy nastąpiło gorączkowe poszukiwanie aparatów fotograficznych.
Próby uwiecznienia tego wydarzenia spełzły jednak na niczym, ponieważ
delfiny zawróciły, aby eskortować kolejny jacht wypływający z Bonifacio.
Wiatr niedługo potem zgasł i musieliśmy "obudzić" silnik. Nocowaliśmy
kotwicząc w zatoce Rondinaria na południe od Porto Vecchio. Czuliśmy
się trochę jak na planie, z którego zdjęto dekoracje i zostawiono
tylko nagie strome skały i wodę.

23 lipca. Przed
nami, za nami i pod nami ogrom wody, nad nami upiornie gorące słońce
i brak wiatru. Wysiedzieć na pokładzie się nie dawało, pod nim też
nie było najlepiej. Wachty z dwuosobowych zmieniono na jednoosobowe,
ale za to krótsze. Jedynie nocna wachta dawała złudne wytchnienie
od upału. Pokład był słono-wilgotny, takie samo było powietrze. Nagradzała
te niedogodności możliwość podziwiania fosforyzujących meduz, spokojne
morze i lekkie powiewy wiatru.

 

24 lipca.
W dzień ukazała się nam w dali wyspa Montecristo. Objęta ścisłą ochroną
stanowiła dla nas jednak owoc zakazany. Upał dawał się wszystkim
we znaki. Niektórzy przypomnieli sobie nawet o swoich talentach muzycznych,
co zgromadzone audytorium nie zawsze przyjmowało ze zrozumieniem.
Po zmierzchu ujrzeliśmy światła latarni na wyspie Giglio, która stała
się odtąd naszym drogowskazem.

26 lipca. Chwilę
po wschodzie słońca minęliśmy latarnię, która prowadziła nas całą
noc i wpłynęliśmy do Porto Giglio. Mały porcik okazał się bajecznie
kolorowy i zatłoczony ponad miarę. Uzupełniliśmy paliwo, wodę i zapasy
świeżyzny. Prysznice (na żeton) znaleźliśmy w pobliskim hotelu.
Publiczne umywalnie były ukryte w zakamarkach portu. Wieczorem - małe
sklepowe szaleństwo. Później spoczęliśmy na nadbrzeżnych ławeczkach.
Podziwialiśmy sprawnie manewrujące promy... To był ostatni wyspiarski
port.

27 lipca.
Zawinęliśmy do Ercole, portu na zachodnim brzegu Włoch, na północ
od Rzymu. Miejsce, które uznaliśmy za pozbawione charakteru.

29 lipca. Zaliczyliśmy
nocne wejście do Civitavecchi, na południe od Ercole. Port robi niesamowite
wrażenie. Długie wejście przypomina "dwupasmówkę" - mieni się światłami,
wokół plątanina rur, ciągły ruch na terminalach promowych. Na samym
końcu, pod ruinami baszty przycupnięta jest prywatna keja. Zacumowaliśmy
do niej za niewielką opłatą. Na kei są prysznice i krany, sanitariaty
- w mieście. Sama Civitavecchia przywodziła na myśl Oran z "Dżumy"
Camusa. Bezładna zabudowa, ruch na terminalach i bezruch w mieście.
Mimo to brzydota tego miejsca miała w sobie coś urzekającego. Może
dlatego zostaliśmy tam jeszcze jeden dzień.

31 lipca. Początek
zbiegł się z końcem. Wpłynęliśmy do Fumicino Cita. Chwila oczekiwania
na otwarcie mostu i po zacumowaniu mogliśmy oddać się błogiemu lenistwu.
Do czasu jednak... Czekało nas jeszcze "przewlekanie" jachtu na lewą
stronę - klar przed zmianą załogi. Po wypucowaniu jachtu znów mogliśmy
zakosztować lądowego życia i... poszliśmy na plażę. Przygoda się skończyła...