Bałtyk czerwcową porą

Rok:  2003
Kraj:  Polska, Szwecja, Dania
Akwen:  Bałtyk
Trasa:  Gdynia - Utklippan - Karlskrona - Svaneke - Hel - Gdynia

Polska-Gdynia
Dzień był piękny, jacht gotowy, brakowało jeszcze załogi. Jako że
ściągała z całej Polski odhaczenie wszystkich zajęło cały dzień... był
nawet mały zakład kto będzie pierwszy: załogant czy odprawa celna. Nie
muszę wspominać, że bycie drugim dla załoganta oznaczało pozostanie na
lądzie...

Stało się inaczej i wypłynęliśmy w komplecie. Prognoza zachęcała nas
do żeglugi w kierunku Karlskrony, więc tam się skierowaliśmy. Już po
minięciu Helu wiatr sobie z nas drwił. Nasz jacht o słusznej masie 15
ton potrzebował DUŻO wiatru w żagle a nie zmanierowanych podmuchów. Nie
było tak źle, chociaż momentami wydawało nam się, że płyniemy dzięki
silnej woli....

Wiatr coraz bardziej odkręcał i definitywnie zadeklarował się wiać z
kierunku, w którym płynęliśmy, a nawet skutecznie zbijał nas z drogi.
Na horyzoncie zobaczyliśmy wiatraki na wodzie.... no ładnie, psychika
wysiada powoli.... ale nie! te wiatraki to prawda, to elektrownia
wiatrowa blisko Olandii. Uf! fajna sprawa tylko daleko od celu.
Zmieniliśmy koncepcję i stwierdziliśmy, że do Karlskrony wcale nie
musiemy płynąć i dziób wycelowaliśmy w Utklippan. Po ponad dwóch dobach
żeglugi zacumowaliśmy.

Szwecja-Utklippan
Wysepka, a właściwie dwie, leżące tak
blisko siebie, że stworzony został między nimi mikro-porcik. Mimo
lilipuciego rozmiaru wyspa miała latarnię i stację badawczą, a na
dokładkę była parkiem narodowym. Bajka. W porciku stało już parę łódek
co zdecydowanie go zagęszczało. Wejście do portu napięło nam nerwy, bo
wydawał nam się za mały na naszą 14-metrową łódkę z 2-metrowym
zanużeniem. Zajęliśmy narożne miejsce. Prądu nie było, woda była raczej
słona w kranie koło sławojek a poza tym błoga cisza.... Ponieważ był
wieczór postanowiliśmy eksplorować wyspę rano przed wypłynięciem. W
pięknym słońcu i bezchmurnym niebie wyspa prezentowała się okazale jak
ubrana w najlepsze suknie dama. Kwiaty, mchy, porosty i krzewy
prześcigały się w kolorach. Efektem była miła dla oka plątanina barw. W
tym wszystkim doskonale prezentowały sie róźnej maści ptaki, w dużej
ilości. Z ciekawostek natury technicznej, zainteresowały nas weścia do
portów. Każde ż nich miało zainstalowane szyny, po których przesuwała
się bramka zamykająca wejście do portu. Działo się to w momencie kiedy
na morzu z bardzo szalał wiatr powodując zafalowanie w baseniku
portowym. Pożegnaliśmy "naszą" maleńką przystań, tego dnia decydując
się na Karlskronę. Podejście jest długie, usiane licznymi wyspami
mniejszymi i większymi. Trzeba mieć oczy dookoła głowy. W nocy musi
żeglarzom wzrastać poziom adrenaliny...

Szwecja-Karlskrona
Weszliśmy do mariny około południa i (pomni odprawy w Polsce)
chcieliśmy się zgłosić, że oto załoga jachtu Merkury dopłynęła....a tu
cisza. Drzwi do biura zamknięte, przerwa do późnego popołudnia... No to
jak oni tak, to nam w to graj. Zamknęliśmy łajbę i chodu w miasto!
Poszliśmy grzecznie, jak na kulturalnych ludzi przystało, do Muzeum
Morskiego. Wejście drogie jak nie wiem co ale muzeum ciekawe...takie
szwedzkie. Jasne, przestronne czasami nawet aż za przestronne. Chyba
część eksponatów mieli jeszcze w magazynach..? Można było robić
zdjęcia, chodzić bez ładu i składu, nikt nie warczał ani nie strofował.
Kultura.

Po tej dokształcającej wizycie należało wrócić na jacht żeby dać się
odprawić. I rzeczywiście. Biuro czynne, a mocno zestresowana dziewczyna
poprosiła, żebyśmy nigdzie sie nie ruszali, bo przyjdzie celnik. Dwóch
członków załogi nie było ale stwierdziliśmy, że najwyżej nie wpuścimy
go na jacht i będziemy udawać, że są. Nasze obawy okazały się
zbyteczne. Celnik był w wieku studenckim, niezwykle miły i sympatyczny.
Wziął od nas paszporty (nie wszedł na jacht!) zadzwonił gdzie musiał,
przedyktował(?) nasze dane , powiedział że właśnie jest jakiś festyn z
okazji lokalnych zawodów i poszedł. A my znów na miasto. Nie powaliło
nas za bardzo na kolana ale było sympatyczne. Takie poprawne. Część
załogi pognała na festyn, na diabelskie koło i przepadli do późnej
nocy. Rano szybko się zebraliśmy i śniadanie jedliśmy już na wodzie.
Celem naszym był Bornholm.

Dania-Bornholm
Droga na Bornholm była prosta, łatwa i
przyjemna. Ze względu na kierunek wiatru korekta dotyczyła tylko zmiany
portu docelowego z Gudhjem na Svaneke. Do portu wpływaliśmy późno w
nocy. Wypatrywaliśmy świateł tak bardzo, że prawie nam oczy z orbit
wychodziły i czasem dochodziło do zabawnych zdarzeń:
- Są światła! Widzę je!
- Gdzie?
- Tam. Zielone i czerwone.
- Czerwonego nie powinno być widać...
- Ale jest. O kurcze, o co chodzi?...czerwone odjechało!
Okazało się, że były to światła stopu jakiegoś pojazdu....

Dopłynęliśmy jednak bez problemów i ponieważ nikt się nami nie
zainteresował stanęliśmy tam gdzie było wolne miejsce. Rano
przyjrzeliśmy się naszej miejscówce uważniej i stwierdziliśmy, że
wyglądamy dość groteskowo. Wpasowaliśmy się mianowicie między
aluminiowe kładki (takie jak w Gdyni, Łebie lub Władysławowie). Byliśmy
jednak za duzi... Wyglądaliśmy jak struś, który schował głowę w piasek
i myśli, że nikt go nie widzi. Wystawaliśmy 2,5 metra w stosunku do
innych jachtów, a luzu po bokach mieliśmy po 10 cm, co plus odbilacze
dawało nam -5cm po bokach! Nic to. Poszliśmy zwiedzać. Miasteczko
uroczo kolorowe, wymuskane, wypieszczone, ciche i spokojne. Bez końca
można było włóczyć się wąskimi uliczkami. Nawet cmentarz mieli ładny.
Każda kwaterka będąca kwadratem, to był mini ogródek z lilipucimi
krzewami, kwiatkami i bukszpanem. Bez przesady, bez kiczu i porządnie.
Jedyne co było nieładne, kiczowate, byle jakie i drogie to były...
pamiątki. Trzeba było się zbierać do wypłynięcia z uwagi na korzystne
prognozy.

Polska-Hel
Wracaliśmy do Polski na pełnym wietrze. Chwilami jazda była taka jak na
dzikim wierzchowcu. Ostatecznie jednak wiatr wytracił swą moc i
prędkość wprawiała nas w czarną melancholię. Nad naszymi głowami
kłębiły się okropne czarne chmury, popadał nawet deszcz i ogólnie było
jakoś tak groźnie. Skończyło się na szczęście na groźbach. Hel
osiągnęliśmy wieczorem i wreszcie poszliśmy do knajpy wypić piwo w
przyjaznej cenie. Następnego dnia odwiedziliśmy leniwe foki. Miały
chyba sjestę, bo absolutnie nie chciały się ruszać. Popatrzyliśmy i
poszliśmy. Fokarium było akurat w lekkim remoncie, część basenów
czyszczono więc za dużo atrakcji nie było i chyba to było powodem
wrzasków szkolnych wycieczek, które uatrakcyjniały sobie w ten sposób
pobyt...

Wróciliśmy na jacht z zamiarem wypłynięcia ale plany pokrzyżował nam
nasz własny załogant, który się ulotnił. Po godzinie czekania wrócił
szczęśliwy w kubkiem lodów i dziwił się, że załoga taka jakaś
nachmurzona... Gdynię powitaliśmy ok.1500 i tak dobiegł końca ten
krótki ale treściwy, bałtycki rejs.

Referencje