Barcelona i Majorka, czyli kolorowy zawrót głowy ale nie rejs

Rok:  2004
Kraj:  Hiszpania
Akwen:  Barcelona, Majorka

2 październik (sobota)
Wszytko zaczęło się o barbarzyńskiej porze, a mianowicie trzeciej nad
ranem. O tej porze zwlekliśmy nasze zaspane ciała z łóżek, wdusiliśmy
co nieco do gardeł i ruszyliśmy w nieznane! No może przesadzam... wszak
Barcelona to nie dżungla. Nie mniej jednak znany był tylko cel podróży
i numery rezerwacji poczynione wcześniej (bo w czerwcu) u tanich
przewoźników lotniczych. Reszta była niewiadoma. No może jeszcze poza
jednym, że mieliśmy namiar na parę z Barcelony, która za pośrednictwem
Hospitality Club (www.hospitalityclub.org)
zgodziła się przenocować nas przez dwie noce. Spieszę wyjaśnić, że ów
klub jest przedsięwzięciem charytatywnym. Ludzie, którzy się do niego
zapisują deklarują, że w razie gdy ktoś w trakcie podróży potrzebuje
noclegu to mogą służyć gościną, mogą też zgłosić tylko chęć
oprowadzenia kogoś po mieście lub okolicy lub też sami są w podróży i
proszą o przenocowanie.Tyle w kwestii wyjaśnień.

Jak już napisałam ruszyliśmy w nieznane. Zaczęło się od Okęcia i
terminalu Etiuda, z którego odlatywał "nasz" samolot. Z Warszawy
lecieliśmy węgierską linią WizzAir do Londynu-Luton, w którym mieliśmy
siedmiogodzinną przerwę. Lotnisko Luton nie jest imponujących
rozmiarów, więc wkrótce po przybyciu zakończyliśmy eksplorację terenu.
Zamienialiśmy się kolejno w mole książkowe, śpiące królewny,
obserwatorium natury ludzkiej i wreszcie w pochłaniaczy kawy. Była
ochydna i chyba tylko dlatego postawiła nas na nogi. Nadszedł czas
(nareszcie!) naszej odprawy więc szybciutko się przemieściliśmy w
odpowiednie miejsce i już po chwili siedzieliśmy w samolocie. Tym razem
był to angielski EasyJet. Lecieliśmy ok.dwóch godzin i wieczorem
wylądowaliśmy w Barcelonie. Dzięki planie dojazdu otrzymanym od naszych
gospodarzy nie pogubiliśmy się jadąc do nich. W drzwiach mieszkania
przywitali nas niezwykle sympatyczni i uśmiechnięci ludzie - Corinne i
Jose. Mimo naszego zmęczenia rozmawialiśmy do późnej nocy. Między
innymi prostowaliśmy artykuł w hiszpańskim tygodniku, który całkiem
pomieszał zdjęcia Gdańska z opisami z Warszawy i umieścił w czołówce
artykułu chłopa na furmance jako reprezentanta naszego kraju...
Horror...

3 październik (niedziela)
Rano po śniadaniu z naszymi
gospodarzami ruszyliśmy zwiedzać Barcelonę. W pierwszej kolejności
pojechaliśmy na terminal promowy kupić bilet do Palmy na Majorce, gdzie
mieliśmy się znaleźć za dwa dni. W kasach głucha cisza aż do 17.30,
więc nie czekając dłużej, minęliśmy pomnik Kolumba wysoki na 60 metrów
i skierowaliśmy się na La Ramblę - najbardziej znaną ulicę Barcelony.
Podziwiając okolice nie spuszczaliśmy z oczu naszych plecaków, pomni
wielu ostrzeżeń naszych gospodarzy i artykułów w internecie. Z Rambli
skręciliśmy do Barri Gotic (Dzielnica Gotycka). Centrum stanowi piękna
katedra będąca tymczasowo w rusztowaniach, siedziba rady królewskiej
Palau de Generalitat oraz plątanina ciasnych średniowiecznych uliczek,
na których Hindusi handlują barwnymi towarami. Przed pałacem
ok.południa katalończycy często spontaniczne tańczą sardanę, ich
narodowy taniec. Trochę dalej od katedry, w trzech średniowiecznych
pałacach mieści się muzeum Picassa. Wstęp ok.10EUR. Kolejka wije się po
ulicy skutecznie odstraszając tych, którzy tak jak my nie mają zbyt
dużo czasu. Spacer w tempereturze ok.27C dał się we znaki. Zaczęliśmy
lustrować okolicę pod kątem barów tapas, czyli w miarę niedrogich
przekąsek. Kiedy już jedzenie stało się wspomnieniem ruszyliśmy w
dalszą drogę jak na porządnych turystów przestało.

Muszę wspomnieć, że ten rodzaj zwiedzania jest nam trochę obcy gdyż
większość naszych eskapad odbyła się jachtem będącym naszym miejscem
spania i środkiem transportu. Tak więc zwiedzanie i przemieszczanie się
całkiem na piechotę i komunikacją miejską było dla nas dość ciekawym
doświadczeniem. Następne w kolejności do zwiedzania były domy projektu
Antoniego Gaudiego na Pasażu Gracia. Pierwszy ukazał nam się Casa
Batllo. Bajecznie kolorowy, obłożony mozaikami i z balkonami
przypominającymi czaszki lub jak kto woli głowy owadów w dużym
powiększeniu, robił wrażenie swą odmiennością. Nie tylko na nas
niestety. Tłumy u wejścia, niewzruszone ceną za wstęp 10 EUR, kłębiły
się namiętnie. Nas cena zdecydowanie wzruszyła, zwłaszcza że podobno do
obejrzenia w środku są tylko ściany klatki schodowej. Skierowaliśmy się
do drugiego z wymienionych w przewodniku domów, Casa Mila. Różni się
zdecydowanie od poprzednika. Jest w jednym kolorze, wygląda jak
ulepiony z ciasta, a jedyną ozdobą są misterne formy kutych w żelazie
balustrad balkonów. Te dwa domy nie różniły się tylko kolejką przy
wejściu i ceną za wstęp. Po obejrzeniu tych zadziwiających dzieł
architektury udaliśmy się na La Ramblę.

Wróciliśmy do pomnika Kolumba i udaliśmy się ponownie na terminal
promowy. Tym razem z pozytywnym skutkiem. Kupiliśmy bilety do Palmy.
Lżej nam było o 100 EUR za dwa bilety w jedną stronę (ach ci
monopoliści!). Chcąc się troszkę uspokoić ruszyliśmy w stronę wzgórza
Montjuic. Nie dane nam jednak było na nie wejść od wybranej strony,
gdyż jakkolwiek byśmy nie poszli to wychodziło na to, że kręcimy się w
kółko. Pass. Poddaliśmy się i postanowiliśmy dotrzeć metrem jeszcze raz
do domów Gaudiego by utrwalic je nocą kiedy są pięknie podświetlone.
Wyczołgaliśmy się z metra i po sesji zdjęciowej spoczęliśmy w Cafeteria
de Francesca gdzie obsługiwała nas żonglująca filiżankami,
przesympatyczna barmanka. Wrażeń było dość i dla całego tłumu ludzi,
więc powłócząc nogami skierowaliśmy się do metra z zamiarem dotarcia do
naszego lokum. A na miejscu stwierdziłam, że stopy mam dwa razy większe
niż rano i chyba jedyną rzeczą o której marzę to prysznic i spanie (to
jednak dwie rzeczy...). Nie szybko to się stało, gdyż trzeba było
zamienić parę słów z naszymi przemiłymi gospodarzami, zdać relację z
wyprawy i z planów na dzień następny. Nie pamiętam kiedy zasnęłam...

4 październik (poniedziałek)
Na ten dzień zostawiliśmy sobie
smakowite kąski w postaci Parku Guell z dekoracjami Gaudiego oraz
Sagrada Familia również projektu Gaudiego od ponad wieku będąca w
budowie. Do parku dotarliśmy nie od głównego wejścia (co okazało się
później), pierwszym odczuciem było lekkie rozczarowanie. Park jak park.
Drzewa, alejki, nic szczególngo. Gdzie jest ten Gaudi!? Aż
wreszcie...jest! No nie powiem, fantazję to on miał. Szkoda, że
fundatorowi, panu Guell, nie starczyło funduszy i nie zyskał
wystarczającego poparcia mieszczan, bo dekoracja skończyła się na
niewielkim fragmencie parku. Ale i tak jest co podziwiać. Obszerny
taras będący jednocześnie dachem Sali Hypolstylowej ma balustradę z
mozaiki będącą wijącą się ławką. Pod tym tarasem rzeczona Sala
Hypostylowa również robiła wrażenie przepięknie dekorowanym sufitem
oraz akustyką (grał akurat skrzypek). Z Sali przechodziło się na
widowiskowe schody, na których rozsiadła sie najsłynniejsza salamandra
na świecie. Jest ona jednocześnie fontanną i non stop osaczona jest
przez stonkę turystyczną. Ze schodów schodzi się na wprost głównego
wejścia przy którym stoją dwa bajkowe w formie budynki, zupełnie jak
chatki z piernika. Tu również kłębił się tłum gdyż najlepsza stamtąd
perspektywa, a poza tym WC, kawiarnia i sklep z pamiątkami.

Opuściliśmy Park Guell i na piechotkę przeszliśmy do Sagrady
Familii. Ustawiliśmy się karnie w kolejce do kasy , gdyż zobaczenia
tego budynku od środka nie mogliśmy sobie odpuścić, pomimo 8EUR z
osobę. Powiem krótko: Robi wrażenie. Rzuca na kolana fantazja
architekta, rozmach i ogrom pracy włożonej i przyszłej. Tego co tam się
tworzy nie zobaczy się nigdzie indziej na świecie. Nie da się tego z
niczym porównać. Z rozdziawionymi buziami zeszliśmy również pod
katedrę, gdzie przedstawione są miniatury projektów Gaudiego oraz jego
roślinne i zwierzęce inspiracje. Nie wjechaliśmy na wieże, gdyż jedna z
wind była popsuta, a do drugiej czekała niekończąca się kolejka. Wjazd
na górę 2 EUR od osoby.

Ze świata naziemnego przemieściliśmy się do podziemnej kolejki i
pomknęliśmy na Plac Hiszpański, przy którym mieści się wzgórze
Montjuic, a na jego zboczu Pałac Narodowy obecnie wykorzystywany jako
Muzeum Narodowe Sztuki Katalońskiej. Okolice Pałacu są zachwycające. La
Font Magica (Fontanna Magiczna), wieczorami będąca gwiazdą
przedstawienia światło i dźwięk, schody, mniejsze fontanny oraz bardzo
dużo zieleni i piękne widoki. Teren wzgórza zajmuje również Miasteczko
Hiszpańskie, które skupia na swoim terenie przykłady budownictwa z
różnych stron Hiszpanii, warsztaty rzemieślnicze produkujące różnego
rodzaju pamiątki oraz knajpy z daniami różnych regionów Hiszpanii. Poza
tym idąc w strone wybrzeża mija się Fundację Joan Miró. Obie te
atrakcje pozostały przez nas nietknięte ze względu na brak czasu
(Miasteczko) i zamknięte drzwi (Fundacja). Wystawione są tam ponoć
prace artysty i dary dla Mistrza od jego kolegów po fachu. Niedaleko
Fundacji znajduje się stacja kolejki Funicular (takiej jak na
Gubałówkę), która zwozi do stacji metra Paral.lel. Dla nas był to już
najwyższy czas, dojechaliśmy do Placu Katalońskiego, zrobiliśmy zakupy
na drogę i wróciliśmy do Corinne i Jose. Na miejscu szybkie pakowanie,
robienie kanapek, herbaty, urywane rozmowy z gospodarzami, prysznic i w
drogę!

Na terminalu promowym tłumy emerytów czekających tak jak my na
tzw.boarding card, pozwalającą wejść na prom. Na promie przysługiwały
nam fotele i ..nic więcej. Ulokowaliśmy się z rozpędu przy oknie ale na
niewiele nam się to zdało ponieważ rejs był... nocny. Nawet dało się
spać, nie biorąc oczywiście pod uwagę sąsiada z rzędu obok, który
chrapał okrutnie. W tych w miarę komfortowych warunkach dopłynęliśmy
przed wschodem słońca do Palma de Mallorca.

5 październik (wtorek)
Nie spiesząc się człapaliśmy wzdłuż portu jachtowego do biura wynajmu
samochodów AVIS, w którym mieliśmy zarezerwowane auto. Za 85EUR + 40EUR
ubezpieczenie bez wkładu własnego, dostaliśmy na trzy dni Opla Corsę,
diesla z klimatyzacją. Załadowaliśmy nasze bagaże do auta i zaczęliśmy
naszą podróż po Majorce od zwiedzenia Palmy. Katedrę i Pałac Królewski
widać zewsząd, gdyż są: a) monumentalne, b) piękne, c) na wzniesieniu
d) tuż przy głównej drodze. Okolice są również bardzo przyjemne,
ponieważ dużo tam fontann, zieleni i różnego rodzaju mimów. Wgłębiliśmy
się w uliczki starej Palmy i od razu nam się spodobała. Palma jest po
prostu sympatyczna. Piękne kamienice przy wąskich uliczkach, inne niż w
Barcelonie i to odczucie, że to jednak wyspa, że tu jest mimo wszystko
inaczej. Czy lepiej to nie wiem, gdyż akurat strajkowano przed
budynkiem Ratusza, pięknego zresztą.

Po wycieczce po starej Palmie wsiedliśmy w samochód i z nieukrywaną
radością wyjechaliśmy z miasta. Celem naszym było... wykąpanie się w
morzu. Na zachodnim wybrzeżu po nietrafionym wyborze jakim był Port
Andratx, spróbowaliśmy szczęścia w Sant Elm.
A tam plaża dla rasowych turystów z widokiem na wyspę Dragonera, będącą
Rezerwatem. Czym prędzej się tam udaliśmy i cóż za radość! Woda
cieplutka, aż miło! Przyjemnie jeśli człowiek umęczony upałem zanurzy
się w wodzie i trochę popływa ale leżeć na plaży cały dzień!? Nie, to
nie dla nas... Opłukaliśmy się pod prysznicem ze słonej wody i dalej w
trasę. Od samego początku widoki były nieziemskie, a sama droga robiła
piorunujące wrażenie swoją krętością, wąskością i ostrzeżeniami przed
spadającymi kamieniami.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do mieściny Estellencs.
Zatrzymaliśmy się, bo miejsce to tchnęło spokojem i jakoś tak ładnie
się nam komponowało. Obeszliśmy je w parę minut ale nie chciało nam się
jechać dalej. Postanowiliśmy natomiast zjechać do portu niesłychanie
krętą i wąską dróżką, na której należało trąbić przed zakrętami. Porcik
okazał się być składowiskiem nie do końca sprawnych łódek, plaża
wyściełana była wyschniętymi morskimi roślinami, które o dziwo nie
śmierdziały i były niesłychanie miękkie. Poza tym była tam jeszcze
knajpka nad urwiskiem. Posiedzieliśmy trochę na niesamowicie bordowych
skałach w promieniach zachodzącego słońca i ruszylimy z powrotem do
Estellencs na kolację. Na ten posiłek wybraliśmy restaurację Gardini
oferującą dania kuchni... włoskiej. Po kolacji udaliśmy się do
samochodu na ...nocleg. Samochód zaparkowany był na całkiem przyjemnym,
malutkim parkingu, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby tam spać.

6 październik (środa)
Noc upłynęła spokojnie. Rano szybciutko się zebraliśmy i znów
zjechaliśmy do portu. Tym razem nie było tam nikogo. Wykąpaliśmy się w
cieplutkim morzu, opłukaliśmy pod wypływającym ze skały strumieniem,
zjedliśmy śniadanie w postaci kilku mandarynek i nie spiesząc się
pojechaliśmy dalej. Trasa wiodła w kierunku północno-wschodnim wzdłuż
stromego wybrzeża. Stale będąc pod wrażeniem usytuowania drogi i
pięknych z niej widoków dotarliśmy do Valldemossy.
Jest to miejscowość znana z tego, że Fryderyk Chopin wraz z George Sand
spędzieli tu ponad miesiąc mieszkając w klasztorze. Teraz każdy
sznujący się turysta chce ten klasztor zobaczyć. Żeby tak się stało
należy uiścić ok.8EUR i podwoje klasztoru z mieszczącym się tam muzeum
staną otworem. Nam wystarczyły zdjęcia wnętrz prezentowane przed kasą.
Prawdziwą przyjemnością było dla nas snucie się po uliczkach tego
niesłychanie malowniczego miasteczka i oglądanie ceramicznych obrazków
umieszczanych przy wejściu do każdego domu. Trafiliśmy też do sklepu, w
którym oprócz wyrobów pamiątkarskich można było spróbować i nabyć różne
rodzaje lokalnych oraz kontynentalnych alkoholi.

Ruszyliśmy do Soller. Miasto słynie z tego, że łączy je z Palmą linia kolejowa,
po której kursuje zabytkowy pociąg oraz że posiada ono zabytkowy, wciąż czynny tramwaj jeżdżący na trasie Soller - Port Soller,
tj. ok. 5 km w jedną stronę. Na placu przed katedrą można usiąść w
jednej z licznych knajpek i spokojnie wypić kawę przy okazji
podziwiając zabytkowy tramwaj przejeżdżający przez sam środek placu. Po
krótkim odpoczynku zrobiliśmy zakupy. Między innymi nabyliśmy
hiszpański trunek - Malagę, dobrze schłodzona jest pyszna! o ile ktoś
lubi alkohol z pogranicza likieru i słodkiego wina.

Naszym kolejnym przystankiem było miejsce dość niezwykłe. Zboczyliśmy z głównej drogi i zjechaliśmy na wybrzeże do wsi Calobra. Jest to miejce gdzie uchodzi do morza rzeka Pareis.
Rzeka ta płynie w drugim co do wielkości kanionie Europy. Miejsce gdzie
uchodzi do morza jest więc spektakularne. Tworzą je pionowe,
kilkudziesięciometrowe skały i kamienista plaża. Jak już się do niej
dotrze wykutym w skale tunelem to ukazuje się oczom piękna surowa
przyroda i romantyczny widok na zatokę z kotwiczącymi w niej jachtami.
W ciągu dnia oblegają to miejsce tłumy turystów i wtedy ciężko
cokolwiek zobaczyć, my jednak byliśmy tuż przed zachodem słońca i było
pusto. Zrobiliśmy rekonesans, stwierdziliśmy że na plaży zamierza
zostać na noc parę osób, więc postanowiliśmy dołączyć do nich zamiast
spać na parkingu. Wróciliśmy do samochodu po ciepłe rzeczy i śpiwory i
już prawie po ciemku umościliśmy sobie legowisko.

7 październik (czwartek)
Noc była dość wietrzna ale w miarę ciepła. Rano, dopóki nie
zobaczyliśmy gdzieś w oddali na skałach promieni słonecznych, to nie
bardzo nam się chciało wierzyć, że słońce już wstało, a woda nadal może
być ciepła. Chciał nie chciał, zdecydowaliśmy się na kąpiel. Butelka z
wodą ze strumienia musiała nam wystarczyć za prysznic. Zaczęli pojawiać
się pierwsi turyści, trzeba było się zwijać. Wróciliśmy do samochodu,
zapakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w drogę do Pollenca. Miejscowość nie
była zachwycająca, ani nawet ładna. Siedliśmy tylko na głównym placu w
kawiarence, żeby łykiem kawy wzmocnić siły.

Pojechaliśmy do Port de Pollenca. Też nie miał tego czegoś,
co by przykuło naszą uwagę na dłużej. Nie namyślając się wiele
wsiedliśmy w samochód z decyzją przejechania przez środek wyspy i
zahaczenia o porty na południu. Tak też zrobilimy i po południu
wylądowaliśmy w miejscowości Port Colom gdzie na plaży
oddaliśmy się półgodzinnemu lenistwu i ostatniej kąpieli w ciepłym
morzu. Na koniec chcieliśmy jeszcze zrobić sobie ucztę dla podniebienia
i zaczęliśmy szukać knajpki, która sprostałaby naszym wygórowanym
oczekiwaniom. Nie było takiej. I znów zapakowaliśmy się do samochodu i
pojechaliśmy do najbardziej romantycznego portu na Majorce (tak mówił
przewodnik) - Cala Figuera z nadzieją, że tam coś znajdziemy.
Rzeczywiście porcik był uroczy. Żałowaliśmy, że wcześniej tam nie
przyjechaliśmy, bo załapaliśmy się na ostatnie promienie zachodzącego
słońca. Ale i tak było uroczo. Port umiejscowiony jest w zatoce tak
wąskiej i ostromych ścianach, że przypomina fiord w miniaturze. Nasze
kontemplacje zakończyliśmy w knajpce, w której mimo wczesnej pory
panował tłok. Wzięliśmy to za dobrą rekomendację i usiedliśmy przy
jednym z ostatnich wolnych stolików. Uczta nasza składała się z dwóch
pizz i muszli w sosie pomidorowym. Najedzeni i szczęśliwi z tak miłego
zakończenia naszego pobytu na wyspie ruszyliśmy w drogę powrotną do
Palmy.

8 październik (piątek)
Noc spędziliśmy w samochodzie na parkingu przy porcie jachtowym, dużo
jej zresztą nie zostało, bo samolot mieliśmy o 7.40 a wcześniej trzeba
było zdać samochód, no i zgłosić się godzinę wcześniej do odprawy.
Zdawanie samochodu w pełni nas zaskoczyło. Podjechaliśmy na parking
firmy AVIS, zostawiliśmy samochód, a w drzwiach biura była dziura i
informacja "tu wrzuć kluczyki". Koniec. Na tym polegała całodobowość
tego oddziału!
Na lotnisku czekała nas już tylko odprawa. Linią AirBerlin lecieliśmy
do Berlina, a tam po przesiadce też tą samą linią do Warszawy.
AirBerlin mile nas zaskoczyło posiłkami w czasie lotu. Tego się nie
spodziewaliśmy! Warszawa powitała nas dżdżyście i temperaturą
kilkanaście stopni niższą. Nie dało się ukryć jesteśmy w Polsce i jest
jesień.


Za i przeciw:
+ termin ze względu na ciepłe morze
+ termin ze zględu na pyszne owoce
+ można nocować w samochodzie lub plaży

- jednak drogo (na szczęście nie tak jak we Francji)
- duuużo niemieckich turystów

Referencje