Cyklady w sosie własnym

Rok:  2005
Kraj:  Grecja
Akwen:  Cyklady
Trasa:  Ateny - Kea - Kinthos - Serifos - Sifnos - Milos - Sifnos - Paros

Warszawa
Jak na dobrze zorganizowaną grupę przystało spotkaliśmy się punktualnie
w hali odlotów warszawskiego lotniska. Odprawiliśmy nasze
bagaże,przedostaliśmy się do strefy wolnocłowej gdzie czekaliśmy na
''nasz''samolot. Kiedy o czasie stawiliśmy się na bramce i pozostało
niewiele czasu do odlotu nikt z nas nie przypuszczał, że to miejsce
będziemy oglądać jeszcze przez 3 godziny! Takie, bowiem opóźnienie miał
samolot do Aten. Dostaliśmy kanapki i napoje na otarcie łez, ponieważ
było już po 24.00 i bary były zamknięte.

Zapchani suchym prowiantem ok.02.00 weszliśmy na pokład samolotu i
już bez przeszkód wystartowaliśmy. W sumie opóźnienie nam nie
przeszkadzało, gdyż przy terminowym locie czekalibyśmy na lotnisku w
Atenach na mniej barbarzyńską porę niż 02.00, żeby udać się środkiem
transportu publicznego do mariny Kalamaki. A tak mogliśmy od razu
wsiąść do autobusu i jechać. Nie ma tego złego....

Ateny
W marinie czekało nas miłe zaskoczenie. Nie musieliśmy
czekać do popołudnia na jacht, ponieważ już był gotów. Poprzednia
załoga zeszła z niego dzień wcześniej. Co za radość! Mieliśmy jeden
dzień pływania więcej. Kiedy wszelkie formalności zostały już
załatwione, zakupy zrobione, nie pozostało nam nic innego jak ruszać na
Cyklady. Po drodze mieliśmy zatrzymać się na kąpiel i albo nocować w
zatoce, albo płynąć nocą. Już w trakcie płynięcia do zatoki wszyscy się
pospali. Krótkie ożywienie nastąpiło tylko na moment kąpieli i
jedzenia, po czym o 20.00 cały jacht znów smacznie chrapał. Wyszła z
nas nieprzespana noc na lotnisku.

Kea, Kithnos
Po śniadaniu ruszyliśmy na wyspę Kea na kąpiel,
a następnie na Kithnos do miasteczka Loutra. Porcik malutki, miasteczko
również, ale wszystko razem sprawiało bardzo sympatyczne wrażenie.
Dodatkowa atrakcją tego miejsca było gorące źródło, którego wody
wpływały do zatoczki. Stwarzało to wymarzone warunki do kąpieli
morskich. Woda gorąca jak w wannie! Wieczorem postanowiliśmy zajrzeć do
jednej z licznych knajpek usytuowanych nad brzegiem. Stoliki ustawione
były na tyle blisko wody, że można było sączyć wino i jednocześnie
moczyć nogi. Poza tym między drzewami rosły niewysokie, ale rozłożyste
drzewa stwarzające klimat posiłku w osobliwym ogrodzie. Dodatkowo
okazało się, że w wybranej przez nas restauracji pracują cztery Polki.
Zarobkowo przebywających w Grecji rodaków spotykaliśmy, co i rusz na
trasie naszego rejsu.

Serifos
Rano, kiedy z koleżanką poszłyśmy zapolować aparatami
na widoczki spotkałyśmy rodaka. Niesamowite. Taka mała dziura, na małej
wyspie i już pięciu spotkanych Polaków, którzy tu pracują! Zamieniliśmy
parę słów, pomógł nam w załatwieniu drobnych zakupów (po grecku mówił,
że ho ho) i na odchodnym dał nam... spinacze do bielizny, których nam
na jachcie brakowało, a w sklepie nie było. Zatankowaliśmy wodę i
ruszyliśmy na Południe. Jeszcze na tej samej wyspie wykąpaliśmy się w
zatoce Ioannou, a później popłynęliśmy na groźnie brzmiącą z nazwy
wyspę Serifos. Nad małym portem zamiast szeryfa dominowała ''chora''.
Nie chodziło bynajmniej o damę podupadłą na zdrowiu, ale o miasteczko
górujące nad portem. Układ knajpek w miasteczku był podobny jak w
poprzednim, czyli moczenie nóg w cenie posiłku. Każdy wybrał opcję jemu
najbliższą, a wieczorem spotkaliśmy się na jachcie i zorganizowaliśmy
mały koncert na jedną gitarę i wiele głosów. Załogi sąsiednich jachtów
nie rzucały w nas puszkami po piwie, tylko czasem klaskając wspierały
nasze wyczyny, więc chyba nie było tak źle :)

Sifnos
Popłynęliśmy na wyspę, której nazwa Sifnos przywodziła na myśl widoki
różne, ale na pewno nie rajskie. W zatoce Vathi stanęliśmy na kąpiel, a
docelowo zakotwiczyliśmy na noc w zatoce przy wyspie Poliagos. Zatokę
tą od strony morza lekko osłaniała inna malutka wyspa. Od tego postoju
zaczęły się zmieniać krajobrazy. Miejsce kotwiczenia już było inne od
poprzednich. W skały o piaskowej barwie wciśnięte jakby na siłę tkwiły
oślepiająco białe formacje, przypominające szkolną kredę. Poza tym
krajobraz był ubogi, wypalony przez słońce. Żądni wrażeń zwodowaliśmy
ponton i jazda na wspomnianą wysepkę u wejścia do zatoki. Kryła w sobie
jaskinie, a na zewnątrz wyglądała jak ciasto drożdżowe z bakaliami.
Pionowe ściany, czasem poorane pionowymi pęknięciami, a w poprzek
biegły warstwy gładkiej skały na przemian z warstwami składającymi się
z luźno pozlepianych ze sobą kamieni różnej wielkości. Postój w takiej
scenerii wydawał nam się odrealniony. Nie wiedzieliśmy, że czeka nas
jeszcze większa uczta dla oczu...

Milos
Z wysepki Poliagos popłynęliśmy na Milos.
Przemieszczaliśmy się wzdłuż wschodniego brzegu ku południu. Im dalej
tym szerzej rozdziawialiśmy buzie i oczy w zachwycie. No po prostu
trudno opisać te wszystkie kolory, które nas zaatakowały. Czego tam nie
było! Krwistoczerwone ostre skały sąsiadowały z bialutkimi jak śnieg
łagodnymi formacjami, do tego czasem dochodził kolor czarny i zielony.
Miejscem, które zupełnie rzuciło nas na kolana była niewielka zatoka,
która ukazywała nam się powoli. Pojawiły się tam nowe kolory. Czerwone
skały w wyniku erozji zmieszały się z białymi i powstały
łososiowo-różowe usypiska. Dodatkowo było widać (i czuć) wtrącenia złóż
siarki w kolorze żółtym. Wrażenie niesamowitości potęgował fakt, że w
tym zaczarowanym miejscu byliśmy zupełnie sami. Popłynęliśmy na żwirową
plażę i tam nastąpiło kolejne odkrycie. Na brzegu, a czasem już w
wodzie leżały potężne kamienie, które właściwie wyglądały jak
zerodowane grudy żelaza. Czuliśmy się trochę jak odkrywcy.

Adhamas
Po kąpieli i zaznajomieniu się z wybrzeżem ruszyliśmy dalej okrążać
wyspę. Na południu wyspy po raz kolejny zostaliśmy zaskoczeni
różnorodnością. Tym razem nie kolorami, ale formami skalnymi.
Zakotwiczyliśmy blisko wyłaniającej się z wody iglicy i dalej na ponton
eksplorować okolicę. Skały miały wszelkie odcienie bieli i beżu, za to
twory z nich stworzone były przeróżne. Niektóre skały stały okrakiem w
wodzie i można było pod nimi przepłynąć tunelem. Poza tym wrażenie
robił sam brzeg, który wznosił się pionowo czasem strasząc nawisami. Na
noc postanowiliśmy zatrzymać się w miasteczku Adhamas w Zatoce Milos.
Sama zatoka była niegdyś kalderą wulkanu. Wpływając do niej, mając
przed oczami jej wielkość i wyobraźnię odtwarzającą obraz istniejącego
tu kiedyś wulkanu czuliśmy się malutcy. Przed miasteczkiem Adhamas jest
urokliwa wioseczka rybacka Klima. Przycupnięta jest u podnóża pionowej
skały, tworzy ją ciąg malutkich domków, stojących w szeregowej
zabudowie. Każdy składa się z dwóch poziomów. Dolny to garaż wodny na
łodzie rybackie, górny służy za mieszkanie. Domki pomalowane są na
biało i jedyne, czym się różnią to kolory użyte do barwienia okiennic i
furt od garaży. Są wśród tych barw wszelkie odcienie niebieskiego od
błękitu do granatu, turkus, czerwień, żółty i zielony. Całość jest tak
malownicza, że ktokolwiek wpływa do zatoki jachtem nie omieszka płynąć
wzdłuż tych domostw. Turystów lądowych przewożą w ich pobliżu statki
wycieczkowe. Samo Adhamas, w którym przyszło nam spędzić noc nie
należało do miejsc specjalnie ładnych i urokliwych, poza tym pełno było
tam turystów, co nadawało tej miejscowości typowy kurortowy charakter.

Sifnos
Następny dzień przywitał nas silnym wiatrem i deszczem, który na
szczęście nie trwał długo. W zatoce na wyspie Sifnos zatrzymaliśmy się
na kąpiel, a następnie wpłynęliśmy do zatoki Faros. Według locji miał
być tam niewielki pomost, do którego jachty mogą cumować prostopadle.
Na miejscu okazało się, że tenże pomost w całości zajmuje jeden jacht
stojąc wzdłuż brzegu. Podpłynęliśmy zapytać czy można się do nich
zacumować. Kategorycznie nie! Odpowiedzieli, bo oni stoją tu tylko na
chwilę, a poza tym zaraz przypłyną kutry i tak trzeba będzie odejść. Na
takie dictum odpłynęliśmy i niewiele się zastanawiając postanowiliśmy
rzucić kotwicę i rufę przywiązać do kamienistego brzegu, nad którym
górowała knajpka. Zapewniało nam to w miarę stabilny postój. Jacht
stojący przy pomoście ani nie odpłynął �za chwilę�, ani nie przypłynęły
żadne kutry. Nie ma to jak zająć wszystkie miejsca i jeszcze wprowadzać
w błąd innych. Nie mieliśmy jednak, co narzekać. Miejscówkę mieliśmy
ekstra. Wieczorem w tej przedziwnej osadzie zajaśniały nastrojowe
światła lampionów i świec, a wszystko to, mogliśmy podziwiać z pokładu
jachtu.

Paros
Po dość wietrznej nocy ruszyliśmy do celu naszej
podróży, czyli do Paros na wyspie o tej samej nazwie. Jeszcze tylko
ostatnia kąpiel i ostatecznie rzuciliśmy cumy na ląd. Porcik niewielki,
ale w miarę oddalony od gwarnego centrum. Po ogarnięciu jachtu
ruszyliśmy w kręte uliczki Paros. Po pierwsze musieliśmy znaleźć nocleg
na następną noc. Musieliśmy zostać dzień dłużej na wyspie, ponieważ
dopiero następnego dnia odchodził prom do Aten. Kręcąc się po tym
kolorowym miasteczku odwiedziliśmy różne kwaterki, ale ostatecznie
postanowiliśmy zaufać sprzedawcy z jednego z licznych sklepików, który
załatwił nam nocleg u kolegi w pensjonacie. Pocieszeni tym faktem
rozbiegliśmy się w różnych kierunkach, zapoznając się z topografią
miasteczka. A miasteczko okazało się być jednym z ładniejszych na
naszej trasie.

Zachwycało kolorami kwiatów, stolików kawiarnianych, wystaw sklepowych
kontrastujących z bielą ścian. Można było chodzić po nim bez końca.
Wracając wieczorem na jacht krętymi uliczkami, zostaliśmy w jednej z
nich zatrzymani przez restauratora namawiającego nas na kolację w jego
knajpce. Zajrzeliśmy do środka i zdecydowaliśmy się zostać. Stoliki
rozstawione były w ogrodzie, miedzy drzewami, pomiędzy liśćmi miękko
przesączało się światło lampionów. Atmosfera bardzo nam się spodobała.
Zaczęliśmy mościć się przy stole, wyrażając przy tym swoje zachwyty,
gdy z ust kelnerki padły słowa: No proszę, Polacy! Był to ostatni dzień
jej pracy przed powrotem do Polski, więc była bardziej niż wyluzowana.
Komentarze dotyczące Greków i jej pracy nie do końca korespondowały nam
z tym miłym miejscem. Postanowiliśmy, więc traktować to spotkanie jako
kolejny element ubarwiający nasza grecką, wakacyjną eskapadę.

Następny dzień zaczął się pracowicie. Zdawanie jachtu zawsze trwa
trochę czasu. Poszliśmy do sklepu, którego właściciel załatwić miał nam
nocleg. Umówieni tam byliśmy z człowiekiem z pensjonatu, który miał nas
do niego zabrać. Lokum okazało się być bardzo czyste. Pokoje 2-osobowe
z łazienkami za 10 eur od głowy wydawały się być kuszącą propozycją.
Podaliśmy sobie dłonie na przypieczętowanie umowy i ruszyliśmy
rozklekotanym, pensjonatowym busem po nasze bagaże. Po rozlokowaniu się
i skorzystaniu z prysznica ruszyliśmy dalej poznawać miasto. Robiło ono
dalej pozytywne wrażenie. Siadaliśmy w knajpkach popijając cafe frappe,
delektując się pozytywną aurą tego miejsca i kolorami. W międzyczasie
przybyła załoga, która nas zmieniała na jachcie zabierając nam tym
samym jednego członka załogi w postaci skippera. Wieczorem nastąpiło
spotkanie turnusu pierwszego, (czyli nas) z turnusem drugim (kolejna
załoga) w knajpce niedaleko naszego pensjonatu. Wieczór był bardzo
miły. Dwaj mężczyźni zaczęli grać na żywo próbując wciągnąć w to całe
zamieszanie gości. Nie wszystkim chyba się to spodobało, ponieważ część
knajpy się wyludniła.

Noc w pensjonacie była koszmarna i my tak właśnie wyglądaliśmy rano.
Jak stwory z zapadniętymi oczami wychylające się ze swoich nor.
Decydując się na to lokum zauważyliśmy, że jest przy ulicy i zakręcie,
ale nie wiedzieliśmy, że jest to GŁÓWNA droga i w związku z tym GŁÓWNY
zakręt. Pisk hamulców przed zakrętem i ryk silników po wyjściu z niego
stawiał nas wszystkich na równe nogi. Zamknięcie okien niewiele dało.
Właścicielowi powiedzieliśmy, że wszystko było ok, bo przecież te
samochody to nie jego wina i o umówionej godzinie zostaliśmy zawiezieni
rozpadającym się busem na dworzec promowy.

Ateny
Prom dobił o godzinie, o której miał odbić od brzegu, ale nikogo to nie
wzruszało. Na pokładach tłumy. Tam gdzie były fotele powiedziano nam,
że trzeba mieć numer fotela na bilecie, bo inaczej nam nie przysługuje.
Zrażeni tym faktem ruszyliśmy szukać jakiegoś zacisznego miejsca. Było
to z góry skazane na niepowodzenie. Nie mniej jednak znaleźliśmy
kameralną salę, w której, a jakże! były fotele i mało ludzi.
Postanowiliśmy udać Greka i jeśli znajdzie się właściciel zajmowanego
siedzenia to przeprosimy i ustąpimy. Nie było to konieczne. Okazało
się, że nawet Grecy udawali Greka i jechali na takiej samej zasadzie
jak my. Poza tym prom już nigdzie się nie zatrzymywał, więc ci, co
mieli się upomnieć o siedzenie już dawno by to zrobili. Szczęśliwi
dotarliśmy do Aten.

Po wyjściu z promu upolowaliśmy plan miasta, wyciągnęliśmy adresy
hosteli i ruszyliśmy w drogę. Kupiliśmy bilet na 24h mając na uwadze
jazdę autobusem następnego dnia na lotnisko. Gdy wysiedliśmy na
właściwej stacji i szliśmy w kierunku obranego hostelu na starym
mieście zaczepiła nas zdezorientowana para z plecakami. Po krótkiej
wymianie zdań i uzgodnieniu celu dołączyli do nas. Później też ktoś
jeszcze się przyłączył. Powiększoną grupą dotarliśmy do hostelu.
Nastawieni byliśmy na nocleg dla 6 osób za ok. 10-15 eur na osobę.
Recepcjonista przygiął nas do ziemi informując, że ma pokoje 2-osobowe
za 25 eur i coś tam jeszcze, ale nie usłyszałam, bo zagłuszył to jęk
niedowierzania. Ktoś to skomentował po polsku, na co recepcjonista
odrzekł także po polsku: Trzeba było tak od razu! Ba! Żebyśmy
wiedzieli... Sprawa nabrała tempa. Wzięliśmy jedną trójkę i trzy
materace. Wyszło po 17 eur na głowę. Całkiem przyzwoicie zwłaszcza, że
było to centrum Plaki, czyli Starego Miasta u podnóża Akropolu.

Szybko się odświeżyliśmy i pognaliśmy na miasto. Część weszła na
wspomniany Akropol, a ja z koleżanką ruszyłyśmy na poszukiwanie tematów
fotograficznych. Szczerze mówiąc trochę się zwiodłyśmy. Rozpadające się
rudery, sklepy ze straszną tandetą, a jeśli coś warte było uwagi to
ceny przyprawiały o zawrót głowy. Przynajmniej nas. Pozytywny efekt
natchnienia przyszedł w postaci kebabu za 1,5 Eur, podczas gdy gdzie
indziej był za sumę kilka razy wyższą. To nas natchnęło dobrą energią i
łaskawszym okiem spojrzałyśmy na okolicę. Spodobały nam się knajpki
rozmieszczone na schodkowych ulicach, domy już nas nie straszyły. W
tych dobrych nastrojach spotkałyśmy się z resztą naszej grupki i
wieczór spędziliśmy jedząc greckie słodkości.

Dzień zaczął się bardzo wcześnie, ponieważ postanowiliśmy między 7 a 8
znaleźć się na targu warzywno-różnym. Zakupiliśmy mieszanki ziół do
sałatki greckiej, sosu tzatzyki, figi, laski cynamonu i pędem
wracaliśmy. Rozdzieliliśmy się znów na grupki żeby każdy własnym tempem
i własną drogą mógł pozwiedzać to, co chciał. Spotkaliśmy się w
hostelu, przepakowaliśmy się, dświeżyliśmy i punktualnie opuściliśmy
lokum. Na lotnisko jechaliśmy dość długo, w samo południe, a mimo to
ruch był nieziemski. To była szkoła nerwów. Linie na jezdni są raczej
tylko dla orientacji, a nie żeby się ich sztywno trzymać. Poza tym
zajeżdżanie drogi, wymijanie w ostatnim momencie to standard. Pomimo
tego ruch jest niewiarygodnie płynny, nikt się nie denerwuje i nie
słychać klaksonów. Niezapomniane przeżycie. Wreszcie wyłonił się
budynek lotniska i nie pozostało nam nic innego jak czekać na nasz
samolot w nadziei, że nie będzie opóźniony...

Więcej zdjęć z Grecji można obejrzeć w galerii.


Za i przeciw:
+ ciepła woda
+ przyjemne temperatury
+ w miarę pewna pogoda
+ pyszne, słodkie owoce

- brak :-)

Referencje