| Rok: | 2005 |
| Kraj: | Grecja |
| Akwen: | Dodekanez, Turcja |
| Trasa: | Kos - Bodrum - Zat.Parmak - Zat.Bozuk Buku - Marmaris - Zat.Cliftlik - Simi - Tilos - Nisiros - Kos - Kalimnos - Kos |
23.07. KOS
Lotnisko w Kosie na wyspie Kos. Złapanie taksówki nie jest proste,
ponieważ wszystkie są dla kogoś zarezerwowane, czyli występuje
klasyczna przewaga popytu nad podażą. W Grecji nie ma jednak rzeczy
niemożliwych! Taksówkarz "dokleił" mnie do swoich klientów, którzy
akurat jechali dokładnie tam gdzie ja. Z lotniska do mariny Kos jedzie
się ok.30min. za ok.30EUR. Piszę ok., ponieważ nie zawsze jest tyle
samo, mimo że droga jest jedna, a nie jest oczywiste włączanie
taksometru. Marina jest nowiutka, pierwsza na Dodekanezie. Jest w niej
wszystko, co potrzeba, czyli oprócz firm czarterowych, sanitariaty,
restauracja, cafe bar, sklep i stacja benzynow$a. Obsługa sklepu pomoże
w zrobieniu zakupów i nawet dostarczy je na wskazany jacht. Mogliśmy
się z tym wszystkim dokładnie zaznajomić, ponieważ, na nasz katamaran
"Lagoon 440" przyszło nam trochę poczekać, gdyż poprzedni klient
spóźnił się z jego oddaniem.
24.07. BODRUM
Rano zamówiliśmy odprawę, ponieważ chcieliśmy
płynąć od razu do Turcji. Zrobiliśmy ją korzystając z usług agenta.
Samemu byłoby pewnie taniej, ale zdecydowanie dłużej, ponieważ
wiązałoby się to z osobistym lataniem po greckich urzędach. Nie
zamierzaliśmy sprawdzać własnej skuteczności... Wypłynęliśmy około
południa i na kąpiel zatrzymaliśmy się już przy tureckiej wyspie
Karaada, a później popłynęliśmy prosto do Bodrum. Miasteczko bardzo
ładne, kolorowe, położone u stóp potężnej twierdzy, trochę egzotyczne,
a przede wszystkim pełne turystów. Wzdłuż nabrzeża stały gulety, czyli
stylizowane na stare, duże jachty wożące turystów na dłuższe i krótsze
wycieczki. Cały ten kolorowy tłum przemieszczał się pomiędzy
niezliczonymi restauracjami różnej maści. My zakosztowaliśmy kuchni...
chińskiej. Było warto. Zaserwowana zupa i kaczka po pekińsku były
pyszne!
25.07. ZATOKA PARMAK
Ten dzień postanowiliśmy spędzić bardziej na dziko. Z dala od gwaru
miasta i jego pokus. Zatrzymując się po drodze na kąpiel dopłynęliśmy
do zatoki Parmak na półwyspie Datca Yaridamasi. W zatoce byliśmy sami.
Dookoła nas tylko piękne skały w różnych odcieniach pomarańczy. Noc
jednak nie należała do spokojnych, ponieważ z otaczających nas
malowniczych wzgórz schodziły mniej urzekające szkwały.
26.07. ZATOKA BUZUK BUKU
W godzinach popołudniowych dotarliśmy do zat. Buzuk Buku. Jak się
okazało nasza załoga gościła w tym miejscu dwa lata wcześniej i miło ją
wspominała. Zacumowaliśmy do pomostu należącego do malutkiej knajpki
Ali Baba, szumnie nazwanej "Ali Baba Restaurant". Później
stwierdziliśmy, że ceny są mocno "restauracyjne" i liczone chyba wg.
wielkości jachtu, jakim się przypłynęło. Nie mniej jednak zatoczka była
przesympatyczna. Nad restauracją wznosiły się dumnie ruiny olbrzymiej
niegdyś twierdzy, a z nich roztaczał się przepiękny widok na całą
zatokę i jej odnogi.
27.07. MARMARIS
Nie spiesząc się opuściliśmy restauracyjny
pomost i ruszyliśmy w kierunku Marmaris. Po drodze zatrzymaliśmy się na
kąpiel w zatoce Cliftlik. Jest ona podłużna i nie widać jej od strony
wody. Otaczają ją wysokie skały pięknie oświetlone przez słońce. Dużo
tu niestety wspomnianych tureckich galet z turystyczną stonką na
pokładach, ale nie jest to na szczęście aż tak uciążliwe, żeby nie
skorzystać z uroków tego miejsca. Do Marmaris natomiast, wpływa się
pomiędzy wzgórzami, które później ustępują miejsca dużej zatoce.
Wrażenie jest niesamowite. Samo miasto jest dość młode, ponieważ
zostało zbudowane od podstaw po trzęsieniu ziemi w latach 50., które je
dokumentnie zniszczyło. Marina w Marmaris jest bardzo przyjemna,
schludna, kolorowa i dużo tu roślin. Jest też pralnia, z której usług
skorzystaliśmy, piorąc wszystko co się da, łącznie z poduszkami i
kołdrami. Poduszki, po tym eksperymencie, straciły nieco na fasonie,ale
za to były czyste i pachniały! Poza tym powstało tu dość ekskluzywne
centrum handlowe, bardzo jednak inne i przyjemniejsze w wyglądzie od
tych, do których przywykliśmy.
28.07. ZATOKA CLIFTLIK
Rano w Marmaris było 44 st.C w cieniu! Słońce wypalało dziury w
skórze.Człowiek stał nieruchomo i samo to powodowało, że się pocił.
Przedsionek piekieł, na szczęście nie było czuć siarki... no i mieliśmy
klimatyzację na jachcie, która chyba uratowała nam życie! W oczekiwaniu
na tureckiego agenta, który za nas robił odprawę chłodziliśmy się we
wnętrzu naszego jachtu. Odejście z portu wymagało jednak wyjścia na
zewnątrz i poddania się palącemu słońcu. Zdobyliśmy się na to i okazało
się, nie po raz pierwszy, że nie ma jak na wodzie! Wietrzyk chłodzi i
temperatury nie takie straszne. Uzupełniliśmy paliwo i udaliśmy się
ponownie do zatoki Cliftlik, ponieważ wszystkim się bardzo spodobała, i
postanowiliśmy zostać w niej na noc. Rzuciliśmy kotwicę i liną z rufy
zaczepiliśmy się o skalisty brzeg dla pewnego postoju. Wieczorem
podpłynęła do nas łódeczka rybacka. Kolacja z zakupionych ryb była
niczego sobie, a noc tym razem była cicha i spokojna.
29.07. SIMI
Rano zrobiliśmy krótki wypad na ląd, a później ruszyliśmy już w stronę
Grecji. Chcieliśmy stanąć w Rodos, ale z portu dla jachtów nas
przegonili, krzycząc na nas, dlaczego to niby nie stanęliśmy w porcie
dla dużych jachtów... I tu konsternacja. Locja pisze o porcie dla
dużych jachtów, ale nie podaje, od jakiej długości się one zaczynają, a
według nas 44 stopy długości to jeszcze nie jest powód do paniki. OK.
Popłynęliśmy do portu dla dużych jachtów, a tam.... stoją jednostki w
stylu "Zawiszy Czarnego" i lepsze! No i nie było miejsc. Porażka
kompletna. Przez radio spytaliśmy się obsługi czy jednak znajdzie się
dla nas miejsce i będziemy mogli miło spędzić czas w Rodos, na co pani
z obsługi odpowiedziała, że niestety nie. Bye bye Rodos! Może następnym
razem. Przed nami kilka ładnych mil do kolejnego celu, jakim była wyspa
Simi. Zatrzymaliśmy się na wieczór w zatoce na południu wyspy. Byliśmy
zachwyceni plenerem. Zupełnie jakbyśmy zakotwiczyli wśród tatrzańskich
szczytów. I do tego byliśmy zupełnie sami. Tylko kózki pobrzękiwały
swoimi dzwonkami.
30.07. SIMI
Do miasteczka Simi popłynęliśmy dość wcześnie.
Okazało się, że było warto. Miasteczko śliczne, kolorowe jak
cukiereczek. Miejsce znaleźliśmy bez problemu. Oddaliśmy papiery do
odprawy wpłynęliśmy przecież do Grecji) i zaczęliśmy uzupełniać zapasy
wody i gazu. Z wodą trzeba było czekać na tzw. watermena, który
dysponował magicznym kluczykiem uruchamiającym wodę w kranie. Natomiast
gaz, załatwił nam pan, który kursował małą cysterną między jachtami i
stwierdził, że przy okazji napełni nam butlę na stacji. Postanowiliśmy
zostać w Simi na noc, tym bardziej, że właściciel restauracji, w której
byliśmy na lunchu również nie miał sobie równych i zamówiliśmy u niego
stolik na kolację.
31.07. TILOS
Wypłynęliśmy z Simi dość wcześnie z zamiarem dotarcia do zatoki na
zachodnim brzegu wyspy Tilos. Wiało jednak tak mocno, że
stwierdziliśmy, iż nawet, jeśli wiatr się zmniejszy to pozostanie
olbrzymi rozkołys i stanie w zatoce na kotwicy nie jest najlepszym
pomysłem. Zawróciliśmy i weszliśmy do portu na wschodnim wybrzeżu.
Miejsce bez rewelacji, a do tego okazało się, że blisko jachtu
znajdował się wylot rury kanalizacyjnej i postój był dość uciążliwy.
$Jedzenie w restauracji, do której wybraliśmy się na kolację było za to
doskonałe.
1.08. NISIROS
Rano wcześnie wypłynęliśmy. Postanowiliśmy zjeść śniadanie w pobliskiej
zatoce, ponieważ kanalizacja nie wpływała dodatnio na nasz apetyt. Po
śniadaniu popłynęliśmy na wulkaniczną wyspę Nisiros do portu Palon.
Jest to niewielka mieścinka, ale bardzo urocza. Można załapać się na
darmowego busa, który zawozi chętnych do krateru. Krater jest olbrzymi,
a jego najniższe miejsce pokrywa gruba warstwa, po której można było
chodzić, ale wrażenie było dziwne. Poza tym śmierdziało tam potwornie
siarkowodorem, aż oczy szczypały i z różnych otworów w tejże skorupie
ulatniał się śmierdzący dymek. Widoki przepiękne, wielkość robiła
wrażenie i te kolory! Równie ekscytująca była jazda samym busem.
Zakręty były tak ciasne, że kierowca trąbił przed każdym, żeby nikt mu
nie wyjechał znienacka. Do portu dojechaliśmy cali i zdrowi z masą
zrobionych zdjęć.
2.08. KOS
Wypłynęliśmy rano i stanęliśmy na kąpiel przy
wysepce Yali vis a vis naszego nocnego postoju. Na wyspie jest
kopalnia, czy też olbrzymie urobisko, stanowisko dla masowców (akurat
jeden stał) i nic poza tym. Surrealizm w nietypowym wydaniu. Dziwne
wrażenie sprawia fakt, że ta wyspa powoli znika, ponieważ wydobywa się
z niej jakiś surowiec. Z tego niesamowitego miejsca ruszyliśmy w drogę.
W planach mieliśmy ominięcie Kosu. Dopóki osłaniała nas ta wyspa, to
wszystko było w porządku, ale w momencie zetknięcia się z falami i
wiatrem spoza osłony, nie dało się po prostu płynąć. Stwierdziliśmy, że
nie ma co się bić z przeciwnym wiatrem i stanęliśmy jednak na Kosie w
miejscowości Kamares. Miejscówka nieszczególna i przeżyliśmy parę chwil
gotujących krew w żyłach. Przy bardzo silnym Meltemi może pojawić się
rozkołys. Pirs dla jachtów nie jest osłonięty, więc jacht tańczył na
linach jak oszalały, a kotwicowisko też do pewnych nie należało.
Rekompensatą było wypożyczenie skuterów i quada. Noc spędziliśmy na
nasłuchiwaniu odgłosów, jakie wydawał z siebie jacht, a właściwie
knagi, o które zaczepione były cumy. Mieliśmy wrażenie, że lada chwila
zostaną wyrwane z pokładu.
3.08. KALIMNOS
Wstaliśmy rano przed wszystkimi i odeszliśmy z
tego męczącego miejsca. Zdecydowaliśmy się podjąć trud płynięcia pod
wiatr i fale. Celem naszym była wyspa Kalimnos. Tuż przed wpłynięciem
do portu o tej samej nazwie, stanęliśmy na południu wyspy na kąpiel i
spóźnione śniadanie. Po południu wpłynęliśmy do portu dwojga imion
Kalimnos lub Pothia. Duże, ruchliwe miasteczko. Wynajęliśmy skutery i
rozjechaliśmy się w różne strony. Wieczorem po powrocie, udaliśmy się
do chyba jedynej (!) restauracji rybnej w porcie, w ktorej uprzednio
zarezerwowaliśmy stolik.
4.08. KALIMNOS
Rano, całkiem się nie spiesząc ruszyliśmy na
kąpiel do zatoki na wyspie Pserimos. Zatoczka całkiem przyjemna,
zwłaszcza, że byliśmy tam sami. W dalszą drogę zebraliśmy się jednak
dość szybko, ponieważ zależało nam aby w małym porciku Vathi na wyspie
Kalimnos znaleźć dla naszego dwukadłubowca miejsce. Wejście do portu
robi niesamowite wrażenie. Wpływa się jak do wąskiego fiordu. Dalej
skały tylko nieznacznie odsuwają się od siebie i tworzą naturalny,
kiszkowaty port. Maleńki. Żeby mieć choć trochę łańcucha (ale i tak nie
za wiele) na postój, trzeba rzucić kotwicę pod drugim brzegiem. Przy
pomoście wydzielone jest niewielkie kąpielisko, do którego co
odważniejsi skaczą wprost z pionowych ścian. Sama osada nie oferuje nic
poza paroma restauracjami i hotelem. No, są jeszcze sprzedawcy
pamiątek, ale gdzie ich nie ma. Postój w Vathi był przemiły ze względu
na ciszę, piękne otoczenie i pobrzękiwanie kozich dzwoneczków. Czasem
trudno było uwierzyć gdzie te stworzenia były w stanie się dostać.
5.08. KOS
Rano ruszyliśmy w kierunku Kosu. Zatrzymaliśmy się jeszcze na wyspie
Pserimos na ostatnią kąpiel i ostatnie chwile relaksu na wodzie, a
następnie ruszyliśmy już prosto do mariny. W marinie zatankowaliśmy
paliwo i poprosiliśmy o szybszy odbiór jachtu ze względu na wczesny
wyjazd następnego dnia. Na szczęscie nie było z tym problemu i obsługa
firmy czarterowej uwinęła się z tym dość sprawnie. Tak oto dobiegł
końca nasz rejs w roli skippera i hostessy.