| Rok: | 1999 |
| Kraj: | Norwegia, Szkocja, Dania |
| Akwen: | Morze Północne |
| Trasa: | Norwegia, Szkocja, Dania |
Stavanger. Norwegia.
Za nami 2000 kilometrów nawiniętych na koła naszego Volkswagena Transportera od momentu wyruszenia z Warszawy. Przyjechaliśmy dzień wcześniej niż przewidywała wymiana, więc jako miejsce noclegu trzeba było wziąć pod uwagę samochód i przyczepę. Zanim rzuciliśmy się
w objęcia Morfeusza, dużym zainteresowaniem cieszyły się wśród nas łazienki. 10 koron norweskich gwarantowało dostanie się do sanitariatów. Toalety były dostępne, jednak skorzystanie z prysznica (5 min.) umożliwiało kolejnych 10 koron. Na szczęście tuż przy porcie
była restauracja ze znanej na całym świecie sieci. Tam można było korzystać z toalet bez ograniczeń.
Ten "właściwy" dzień zaczął się pracowicie. Cały prowiant znalazł sobie tymczasowe miejsce na pokładzie, stara załoga odjechała i zostaliśmy sam na sam z naszym jachtem. Oficerowie zajęli się "swoimi" sprawami, Pierwszy wziął się za sprawdzanie tajemnych przedmiotów nawigacyjnych, Drugi upychał jedzenie gdzie się tylko dało, a Trzeci badał mocowania na maszcie. Załoga, jak to załoga, coś tam pomogła, coś tam popsuła, a później wyciągnęła oficerów na spacer. Naszą uwagę zwróciły przede wszystkim pomniki, kłócące się z tradycyjnym pojęciem pomnika. Była to na przykład przysadzista kobieta z zakupami, owca z jagnięciem, chłopiec na osiołku na środku
ulicy itp.
Nadszedł czas wypłynięcia. Jak się okazało przeszkodą mogła być zwykła skrzynka z prądem. Byliśmy do niej podłączeni. Kluczyk do skrzynki miał pan z obsługi portu, a jego nie było. Ani podany telefon komórkowy nam nie pomógł, ani nawoływania przez UKF-kę. Nadszedł jednak
ten moment (następnego dnia), kiedy go ujrzeliśmy. W odpowiedzi na nasze żale, radośnie oświadczył, że przecież jest weekend, dzień wolny. Odczepiliśmy się od prądu i po przeciwnej stronie portu podłączyliśmy się do wody. Trzeba było jeszcze kupić chleb, co również
utrudniały nam weekendowe dni. Los był jednak łaskawy. Podeszła do naszego jachtu Polka mieszkająca w Stavanger i po krótkiej rozmowie zaproponowała, ze podwiezie kogoś z nas na stację benzynową, bo tylko tam był otwarty sklep. Jej "norweski" mąż wskazał nam natomiast gdzie można najtaniej kupić ropę do jachtu. Rzeczywiście była tania, nawet tańsza niż w Polsce! W końcu oderwaliśmy się od brzegu...
Celem naszym był fiord niedaleko Stavanger - Lysefjorden. Znajduje się tam 600 - metrowa, pionowa skała (Pulpit Rock), a na niej mnóstwo turystów, podziwiających fiord z innej niż my strony. Był już wieczór gdy opuszczaliśmy zatokę. Skierowaliśmy się na morze. Początkowo
spokojnie, wśród wysp, w stronę zachodzącego słońca (zaszło o 23.30!), później coraz bardziej faliście i wietrznie. Na nocnej wachcie podarł się główny żagiel i swoje istnienie zaznaczyła też choroba morska. Jej żniwo było równie spektakularne w wyrazie co powodujące ją fale. Nasza sinusoidalna żegluga zmniejszyła się gdy wpłynęliśmy między wyspy, nasze samopoczucie też uległo poprawie.
Bergen. Norwegia.
Spokojnie płynąc dotarliśmy wcześnie rano wreszcie do tego, jak się później okazało, pięknego miasta. Najważniejszą sprawą było jak najszybsze znalezienie w miarę taniego żaglomistrza. Okazało się, że najłatwiej dotrzeć do niego jachtem, nie bawiąc się w zawiłości miejskiej komunikacji. Zostawiliśmy żagiel i wróciliśmy do zatoki, w której były niewielkie, zatłoczone już zresztą, pomosty i ogólnie dostępne nabrzeże. Odświeżeni, w dostępnych na kartę magnetyczna prysznicach, mogliśmy się zabrać za odkrywanie nieznanych terenów. Każdy zobaczył co innego więc później snuły się po jachcie przeróżne opowieści. Część załogi wybrała plan ambitno-naukowy i poszła do Akwarium i Muzeum Historii Naturalnej. Z wizyty w Akwarium wrócili zachwyceni, co nie jest dziwne z uwagi na, to, że placówka ta jest w posiadaniu jednej z największych w Europie kolekcji fauny morskiej. Można na przykład trafić na porę karmienia pingwinów i delfinów, wkładać ręce do małych akwariów i próbować złapać różne, małe stworzonka morskie. Wizyta w Akwarium kosztowała ok. 80 koron, wstęp do Muzeum był bezpłatny ale i nie wiadomo czemu łączyło się to również z mniej ciekawą ekspozycją . Reszta załogi ruszyła natomiast na zwiedzanie Bergen.
Położenie miasta jest bardzo malownicze. Otaczające miasto wzniesienia wymuszają piętrową zabudowę. Mieszkańcom może utrudnia to życie, ale turystów zachwyca. Dowiedzieliśmy się, ze Bergen to najbardziej deszczowe miasto Norwegii. Deszczówkę sprzedają tu nawet w puszkach jako pamiątkę z pobytu!? Na szczęście nie dane nam było zobaczenie choćby kropli deszczu. Widoki, które jawiły się nam przed oczami przypominały
bardziej słoneczną Italię niż deszczowe wybrzeże Norwegii. W dość krótkim czasie udało nam się "wyłowić" niektóre z głównych atrakcji miasta . Zajrzeliśmy do średniowiecznego (XIII w.) zespołu fortecznego - Bergenhus, katedry Św. Olafa (XIII w.), romańskiego (XII w.) kościoła N.M. Panny oraz do Starego Bergen (Gamle Bergen) będącego zespołem drewnianych domów i...ulic (XVIII, XIX w.).
Następnego dnia popłynęliśmy do żaglomistrza po naszego grota. Robota nie należała do najdroższych, wykonanie było całkiem dobre. Z uwagi jednak na to, że rozdarcie było poniżej pierwszej refbanty postanowione zostało, że będziemy pływać z jednym refem żeby nie forsować, i tak spracowanego już w tym miejscu, żagla. Tak przygotowani i zabezpieczeni ruszyliśmy w morze, a celem naszym były Szetlandy, czyli ... żegnaj Norwegio!
Morze Północne było bardzo niespokojne, silny wiatr i duża fala. Barometr jednak szedł w górę więc wpływaliśmy w Wyż i należało się spodziewać, że wiatr " siądzie". Tak się też stało. Nie trwało to długo gdyż dla odmiany ciśnienie zaczęło spadać, po kresce na godzinę i znów zapewnione mieliśmy "atrakcje" wietrzno - falowe. Wraz z przechyłami miejsce zmieniały nie do końca dobrze zaształowane przedmioty. Nie wzbudzało to nadmiernego zainteresowania... do momentu. Od rufy weszła wielka fala. Mało tego, ze chciała zabrać koło ratunkowe, które na szczęście było uwiązane, to otworzyła włazy do pomieszczenia gdzie składowane były "różne różności" o charakterze "technicznym", sternika prawie oderwała od steru i co najgorsze... liznęła koję kapitana. Część przedmiotów wyskoczyła ze swoich miejsc przy nagłym przechyle i się potłukła, a część wykazała umiejętności latania z szafki kambuzowej (kuchennej) do szafki nawigacyjnej na przeciwnej burcie bez żadnego uszczerbku. Noc pełna wrażeń ustąpiła mglistemu porankowi. Ujrzeliśmy ląd!
Lerwick. Szetlandy
To były Szetlandy. W dali zamajaczył nam znajomy kształt - "Iskra" uczestnicząca w tegorocznych Regatach Cutty Sark. No właśnie
spóźniliśmy się jeden dzień, a moglibyśmy oglądać te wszystkie żaglowce z bliska... ehhh. Lerwick. Szetlandy. Podejście do Lerwick prowadzi wzdłuż mniejszej wyspy, na której znajduje się latarnia, a od strony Lerwick wita przypływających... cmentarz. Miasteczko jest jednak urocze w przeciwieństwie do pogody, która towarzyszyła nam w trakcie zwiedzania Tutaj spotkał nas pierwszy w podróży deszcz. Mieliśmy w zamiarze wypłynąć po południu ale... piątek i to do tego trzynasty. To nas przekonało. Zziębnięci skorzystaliśmy z gorących pryszniców tamtejszego Klubu Żeglarskiego, a wieczorkiem udaliśmy się do pobliskiego pubu żeby skosztować piwa. Opuściliśmy stolicę Szetlandów w południe dnia następnego i skierowaliśmy się w stronę Archipelagu Orkad.
Fair Isle
Po drodze, wieczorem zatrzymaliśmy się na małej Fair Isle. Widok wyspy od strony morza jest niesamowity i przypomina przewróconą figurkę z
Wyspy Wielkanocnej. Wejście do zatoczki z maleńkim nabrzeżem też jest emocjonujące. Na wyspie jest osada, pas dla samolotów, muzeum itp. My widzieliśmy jedynie budynki stacji badawczej, foki, mnóstwo ptaków różnej "maści" oraz łagodne wzgórza objedzone przez
niezliczoną ilość owiec. Z tych wzgórz rozciągał się przepiękny widok na zatoczkę, w której cumowaliśmy. Opuściliśmy tą zagubioną w Morzu wyspę o 23.00 i ruszyliśmy w dalszą drogę do Kirkwall na Orkadach.
Stronsay. Orkady.
Najpierw z ciekawości wpłynęliśmy do Stronsay. Była to osada (miasteczko to zbyt szumne określenie) z gatunku sennych upadłych PGR-ów tylko w trochę szlachetniejszym wydaniu. Parę domów z 1905-7 roku (stąd ta szlachetność), budynek banku wielkości miejskich szaletów i poza tym ....nic. Nie, jednak nie, był jeszcze nie kto inny jak ... Bosman! Skasował nas na 10Ł. Okazało się to do "przełknięcia" ponieważ opłata upoważniała nas do cumowania na Orkadach, w każdym porcie przez okres 4 dni. Opuściliśmy ten przedziwny zakątek, bez portu ale za to z portową obsługą, i już "bez dwóch zdań" popłynęliśmy do stolicy Orkad.
Kirkwall. Orkady.
Podchodziliśmy już późną nocą, płynąc pod dość silny prąd i do tego w deszczu. Wśród tysiąca świateł tylko jedno miało nas bezpiecznie wprowadzić do portu. Zielone i malutkie, a zauważyć je można było prawie na nie wpadając. Zacumowaliśmy w porcie rybackim pod całodobową wytwórnią lodu (miało się to stać naszą tradycją). W porcie jachtowym było dla nas trochę za płytko ze względu na zbyt niską najniższą wodę. Rano ruszyliśmy oczywiście pod klubowe prysznice. Kluczyk do nich dał nam spotkany wcześniej na Fair Isle żeglarz, który znał chyba wszystkich potrzebnych ludzi w mieście.
Obiektem naszych turystycznych ataków było wiele ciekawych miejsc. Niezapomniane wrażenie pozostawia wizyta w katedrze Św. Mangus'a z XII w. Piękne, surowe, kamienne wnętrze, oświetlone światłem padającym przez misterne witraże stwarzało nastrój pełen skupienia i ciszy. We wnętrzu katedry znajduje się m.in. księga z imionami załogi łodzi podwodnej "Royal Oak" zatopionej przez Niemców w czasie II wojny światowej na Scapa Flow. Obok katedry znajdują się ruiny pałacu biskupiego, a na wprost małe muzeum regionalne. Na tym kończy się turystyczna atrakcyjność tego miasteczka, składającego się z głównej ulicy handlowej i mniejszych przyległych.
Z braku zajęć opuściliśmy naszą miejscówkę przy "lodówce" i ruszyliśmy stawić czoło cieśninie Pentland między Orkadami a północną
Szkocją. Znana jest ona z bardzo silnych prądów (nawet do kilkunastu węzłów) i szybko tworzących się przeciwprądów, wirów i kipieli w miejscach gwałtownego podnoszenia się dna morskiego. Wpłynęliśmy w cieśninę. Jak napisał Aleksander Kaszowski i Zbigniew Urbanyi w "Eurosem na Horn" o przejściu Pentland (dostali za to Nagrodę Rejs Roku '71): "..Raz wszedłszy w cieśninę na statku żaglowym [...], na każdym statku o przeciętnej maszynie - nie masz odwrotu. Trzeba płynąć z prądem i wzdychać do Neptuna, aby nie zmienił kierunku wiatru...".
Stromness. Orkady.
W południe dnia następnego dotarliśmy do miasta leżącego na tej samej wyspie co Kirkwall tyle, że po stronie atlantyckiej. Miasteczko równie senne jak odwiedzone przez nas Stronsay. Nie bawiliśmy długo w tym szaro - kamiennym miejscu. Przeszliśmy się jedynie na spacer żeby rozprostować kości i dokupić parę drobiazgów do naszego jadłospisu i po południu wypłynęliśmy w kierunku północnego brzegu Szkocji.
Scrabster. Szkocja.
Stąd bliżej było na Pentland Firth, którą zamierzaliśmy wrócić. Do portu dotarliśmy tuż przed 24.00. Z główek wypatrzył nas już Bosman i mrugał do nas światłami samochodu żeby wskazać odpowiednie miejsce do cumowania. Znów staliśmy w pobliżu ... lodówki całodobowej w porcie rybackim, bo w jachtowym za płytko. Scrabster to tylko samoistny port z pubem, z którego jednak nie skorzystaliśmy, gdyż uczciliśmy nasz wyczyn posiadanym polskim piwem. Do gustu przypadła nam również propozycja kąpieli w Pentland's Firth Club! Nie trzeba było wrzucać funta żeby się wykąpać ale należało natomiast wpisać się do księgi pamiątkowej. Stwierdziliśmy, że Polacy jeszcze się tam nie wpisali, więc z dumą uczyniliśmy to jako pierwsi! Rano Harbour Master oznajmił, że nie chce od nas żadnej opłaty więc zachwyceni jego życzliwością skierowaliśmy się w drogę powrotną przez Pentland Firth. Tym razem cieśninę przeszliśmy również za dnia i znów było na co popatrzeć, oj! było... Oczom naszym ukazały się sterczące z wody skały, iglice, widoczne urwiste brzegi i życie pod pokładem pod kątem 45° nadawały żegludze kolorytu.
Wick. Szkocja.
Doszliśmy do portu wieczorem. Znów stanęliśmy wśród kutrów rybackich. Kapitan, po powrocie od Bosmana poinformował nas ile kosztuje postój i że w cenie są sanitariaty tylko trzeba zapamiętać kod żeby się do nich dostać. Magnetyczna karta uruchamiała prysznice. Miasteczko oczywiście szaro - kamienne ale już nie tak senne jak poprzednie. Zbyt niska woda i tworząca się w związku z tym płycizna u wejścia do portu wymusiły na nas postój do momentu przypływu. Przed wypłynięciem w oczekiwaniu na wysoką wodę poczyniliśmy większe zakupy w dużym sklepie samoobsługowym. Po południu oddaliśmy cumy. Miejscowi rybacy kiwali tylko głowami mówiąc: "rough sea, raugh sea". Nie mieliśmy jednak wyboru i bez względu na wzburzone morze musieliśmy wyjść. Zafalowanie rzeczywiście było niczego sobie i znakomicie utrudniało egzystencję na jachcie i nie najlepiej wpływało na samopoczucie załogi. Do tego stopnia, że Pierwszy, w odpowiedzi na pytanie: "Co z kolacją?", został zapchany sucharami.
Peterhead. Szkocja.
Rano zatrzymaliśmy się na krótki postój, który miał kosztować 17Ł! ale udało się utargować (ze Szkotem!?) na 10Ł . Zwiedzanie ograniczyło się do przejścia po kei od jachtu do WC i z powrotem. Naszym marzeniem było śniadanie i jak najszybsze pójście spać. W ciągu nocy przytłumione zostały wszelkie nasze odruchy zwiedzania.
Po parogodzinnej drzemce, ok. południa wypłynęliśmy z portu (tym razem staliśmy po raz pierwszy w marinie! ale na samym końcu ze względu na...głębokość) i skierowaliśmy się do ostatniego miasta (poza docelowym) w naszym rejsie - Edynburga. Wieczorem okolice naszego jachtu zaszczycone zostały towarzystwem ... czterech harcujących delfinów! Przestał się liczyć kurs, ster i praca żagli... na kilkanaście minut najważniejsze były delfiny! Po chwilowym wybuchu radości zrzedły nam miny ponieważ uświadomiliśmy sobie, że do celu mamy jeszcze spory kawałek drogi.
Edynburg. Szkocja.
Po południu dnia następnego dotarliśmy na miejsce tzn. nie dokładnie. Marina w Queensferry, w której się zatrzymaliśmy oddalona była od Edynburga o ok. 30 min. jazdy autobusem. W stolicy Szkocji znaleźliśmy się więc dość późno. Na ulicach tłum ludzi ponieważ w okresie sierpnia odbywał się Międzynarodowy Festiwal Sztuki. Żeby dojść do Zamku nie mieliśmy nawet co marzyć. Udaliśmy się więc najpierw do Informacji Turystycznej po plan miasta. Z uwagi na znikomą, jak na zwiedzanie Edynburga, ilość czasu postanowiliśmy wybrać jedną z tras spacerowych proponowaną przez plan. Decyzja okazała się trafna. W odwiedzanych miejscach nie przelewał się tłum i można było w spokoju wejść w prawie każdy zakamarek. Ruszyliśmy więc główną ulicą - High Street - w przeciwnym, niż zamek Edynburski, kierunku. Odwiedziliśmy bardzo stary cmentarzyk schowany za równie starym kościółkiem, zajrzeliśmy przez kraty na dziedziniec The Palace of Holyrood House, wstąpiliśmy do jednego z licznych pubów na kufel piwa, a o zmierzchu wdrapaliśmy się na górujące nad miastem wzgórze i podziwialiśmy panoramę miasta. Była prawie północ gdy zbieraliśmy się do powrotu do Queensferry a na ulicach wciąż przetaczały się zróżnicowane rasowo i kulturowo tłumy.
Queensferry. Szkocja.
Część z nas od rana pojechała ponownie do Edynburga, a część została chcąc przyjrzeć się uroczemu miasteczku jakim jest Queensferry. Jest to na prawdę urocze miejsce. Z brukowanymi "kocimi łbami" uliczkami, wąskimi na jeden samochód, starym kościółkiem Metodystów, małymi,
kolorowymi domkami i dość dużą ilością pubów jak na tej wielkości miasteczko. W marinie natomiast można było się przypatrzeć i przysłuchać zajęciom szkółki żeglarskiej. Po zwiedzaniu miasta i podziwianiu szkółki przyszedł czas na ostatni "szlif" przed wyjściem w morze. Nastąpiło to ok. godz. 20.00. Mieliśmy do przejścia znaczną część Firth of Forth, zatoki nad którą usytuowany jest Edynburg. Późną nocą byliśmy już poza zasięgiem świateł na lądzie.
Morze Północne.
Dzień po opuszczeniu lądu zapisał się w naszych umysłach jako dzień zbiorowych halucynacji. Tego dnia spotkało nas tyle atrakcji, że wydawało się to nam niemożliwe żeby było prawdziwe. Wcześnie rano (ok.0600) widzieliśmy delfiny. Parę godzin później w naszej żegludze całą swoją powolną dostojnością towarzyszyły nam wieloryby! Późnym popołudniem natomiast staliśmy się ciekawostką turystyczną dla dużego wojskowego brytyjskiego samolotu. Krążył nad nami bardzo nisko (nawet widzieliśmy jego numer!) przez dobrych kilkanaście minut. Wieczór upłynął nam spokojnie chociaż przybyło "odnośników" na horyzoncie w postaci platform wiertniczych. Łuny na niebie od płonących jak znicze wież dodawały naszej żegludze wyjątkowo nieziemskiego charakteru.
Spokój był jednak pozorny. Już na "psiej wachcie" delfiny parokrotnie dały o sobie znać stadnie skacząc przy burcie "Politechniki". Na "świtówce" z kolei zaplątał się na pokładzie pasażer na gapę w postaci ptaszka wielkości wróbla. Był bardzo wystraszony i zmęczony. Przedrzemał się w kokpicie i nagle odfrunął. Źle ocenił swoje siły i w momencie kiedy chciał wrócić do nas, zakończył niestety swój żywot i wpadł do morza. Po południu na horyzoncie pojawił się żaglowiec. Wracający pewnie z Regat Cutty Sark. Minęliśmy się dość blisko ale nie udało nam się odczytać nazwy. Mógł więc to być Sir Winston Churchill lub Malcolm Miller, dwie bliźniacze jednostki pływające pod brytyjską banderą. Reszta dnia upłynęła nam pod hasłem "delfiny" gdyż pojawiły się jeszcze pięć razy w odstępach godzinnych. Ostatnie "gościnne występy" tych przesympatycznych ssaków miały miejsce przed 2400.
Następny dzień rozpoczął się tężejącym wiatrem. Do tego stopnia, że koja dziobowa przeniosła się na śródokręcie z racji braku przyczepności do materaca w czasie snu. Prognozy nie były zadowalające. Meteo przebąkiwało coś o 8B, czyli sztorm...Coraz bardziej wiało i to z kierunku, z którego nie życzyliśmy sobie żeby wiało, mianowicie stamtąd dokąd mieliśmy płynąć. Morze było w coraz gorszym stanie i my również. Spanie stało się niemożliwe. Mogliśmy się jedynie pokusić o bardzo lekką drzemkę z chwilowym wyłączeniem świadomości.
Następnego dnia absolutnie nie dało się płynąć na żaglach ani na silniku. Stanęliśmy w dryfie. Życie na jachcie na pewien czas zamarło. Każdy starał się przyjąć pozycję jak najbardziej zbliżoną do horyzontalnej i przetrwać... Wynik miotania się na fali był taki, że podarł nam się bezan w strzępy i jak się okazało główny kompas pokładowy urwał się ze swych zawieszeń, a GPS przestał działać. Tu zaskoczył nas kapitan, ponieważ posiadał.... swojego, kieszonkowego GPSa! Po 7 godzinach stania w dryfie wiatr na tyle zmniejszył swą siłę, że można było iść na silniku (niewiele, bo 1,5 węzła [ok.3 km/h] ale zawsze do przodu), dodatkowo zaczął odkręcać na właściwy kierunek.
W ciągu kilkunastu godzin wianie jeszcze bardziej się zmniejszyło, postawiliśmy więc żagle i odstawiliśmy silnik. W nocy szliśmy pełnym kursem prosto do Skagen z prędkością 7-8 węzłów. Mimo szybkości nie mogliśmy nadrobić tych godzin "piłowania" pod wiatr i to w niezbyt korzystnym kierunku oraz godzin dryfu. I pomyśleć, że mieliśmy sześć dni na pokonanie tej trasy, co przy korzystnych warunkach
skończyłoby się na 3-4 dniach i odwiedzeniu jeszcze jednego portu duńskiego. Niepokój następnej załogi spowodowany naszym spóźnieniem został uprzedzony. Pomogły nam w tym telefony komórkowe, które na Skageraku działały bez zarzutu. Ruch w tych stronach nieustanny. Co rusz to mijały nas pływające "kamienice".
Skagen.Dania.
Poza wrażeniami wzrokowymi ze względu na owe pływające "domy", przy podejściu do portu w Skagen najpierw wstrząsu doznał nasz zmysł powonienia ze względu na odór od przetwórni mączki rybnej, a później nasz zmysł słuchu ze względu na imprezę w marinie. Oszołomieni cywilizacją dobiliśmy tradycyjnie do rybackiej kei gdzie było ujęcie wody (w marinie i tak pewnie byśmy się nie zmieścili pod względem długości i zanurzenia). Mieliśmy pół dnia spóźnienia i trzeba było szybko uwinąć się z myciem jachtu, siebie i pakowaniem do samochodu. Bosman powiedział, że rybacy nie lubią jak jachty stają przy ich kei ale, że jest weekend a my po 6 niełatwych dobach na morzu, to możemy stać dopóki nie umyjemy jachtu i później przycumować się do jednego z kutrów, żeby nie zabierać miejsca przy hydrancie. Na pytanie o upragnione prysznice Master powiedział, że są płatne. Po czym dał każdemu po 10 koron, podobno to dlatego, że jesteśmy z Polski!? Nie wnikaliśmy w to, czy tak biednie wyglądaliśmy, czy po prostu miał sentyment do naszego narodu, tylko po prostu poszliśmy się umyć.
Późniejsze godziny to już tylko kalejdoskop. Jednostajny szum, postoje, granice i znów kilometry nawijane na koła naszego Volkswagena Transportera....