| Rok: | 1999 |
| Kraj: | Norwegia, Szkocja, Dania |
| Akwen: | Morze Połnocne |
Nasz rejs prowadził poprzez wody Morza Północnego. Odwiedziliśmy wiele pięknych miejsc i miast. Fiordy w okolicach Stavanger w Norwegii, Bergen w Norwegii, Lerwick na Szetlandach, Kirkwall na Orkadach, cieśnina Pentland między Orkadami a Szkocją i Edynburg w Szkocji . Rejon ten kojarzy się z zimnem, mgłą i odludziem. Są jednak miejsca, które mimo całej swej surowości, pozostawiają "ciepłą" myśl w pamięci.
O takim miejscu chciałabym opowiedzieć, skłaniając się bardziej w stronę wrażeń jakie towarzyszyły mi przy krótkim odkrywaniu dla siebie Fair Isle (Farö). Wyspy zagubionej pomiędzy Szetlandami a Orkadami, między Atlantykiem a Morzem Północnym. Odrobinka w wodnych przestworzach, na milę szerokiej i trzy mile długiej. Od momentu kiedy pojawiła się nam na horyzoncie w powietrzu zawisła tajemnica.
Wyspa wyglądała jak przewrócona figurka z Wyspy Wielkanocnej, nad którą niezmiennie unosiła się chmura (uczeni nazwali taką chmurę - orograficzną). Największe wrażenie wywarło na mnie wejście do zatoczki. Wpływało się wąskim "gardłem", między dwie strome ściany do bardzo malutkiej i płytkiej zatoki, w której był pomost (port to z duże słowo). Miejsca przy kei starczyło na dwie łódki o długości ok. 11 metrów, w związku z tym kolejne jachty ustawiały się przy burtach poprzedników. Byliśmy trzecim jachtem (zewnętrznym) więc drogę na ląd pokonywaliśmy karkołomnie przedostając się na pokłady życzliwych sąsiadów. Pierwsze co uczyniliśmy wydostawszy się na ląd, to był szturm na okoliczne wzgórza. Wdrapaliśmy się czym prędzej na zbocza żeby z innej perspektywy podziwiać tę cudną zatokę.
Widok był iście nieziemski. Woda miała odcienie turkusu zmącone gdzieniegdzie wodorostami w kolorze brązu. Brzeg pokryty był miałkim, jasnym piaskiem. Sceneria jak z atolu na Pacyfiku. Do rzeczywistości przywróciły nas jednak odwiedziny ... foczek. Przyglądały się ciekawie jachtom i nam (takie przynajmniej mieliśmy wrażenie). Wygląd wyspy był bardzo skromny, można nawet powiedzieć, że bardzo surowy. Stoki otaczających nas wzgórz w kolorze ochry i pożółkłej zieleni były doszczętnie objedzone przez wszędobylskie biało-brązowe i czarne owce. Nad wszystkim majestatycznie unosiły się stada przeróżnych, białych i szaro - brązowych ptaków zaniepokojonych naszą obecnością. Wiedzieliśmy, że na wyspie znajdują się zabudowania, w których mieszka niezbyt liczna społeczność. W miejscowości tej jest ponoć muzeum i kwatery do wynajęcia dla turystów ale chyba nikt nie żałował, że znaleźliśmy się poza terenem zamieszkanym. Dzikie krajobrazy i przestrzeń spowodowały, że rozbiegliśmy się we wszystkich kierunkach. Goniliśmy owce, zaglądaliśmy w pęknięcia skał, podchodziliśmy na skraj urwisk żądni niecodziennych scenerii i cieszyliśmy się, że jeszcze są takie piękne miejsca.
Nasze rozbrykanie nie mogło jednak trwać długo. Musieliśmy wrócić na jacht, kuka czekało przyrządzenie kolacji, a resztę przygotowania do wypłynięcia w dalszą drogę. Nasze poczynania przyspieszały kłębiące się nad nami olbrzymie, ciemne chmury. Pożegnałam tę zagubioną wyspę i mimo że spędziłam na niej zaledwie parę godzin pozostawiła w mej pamięci właśnie tę "ciepłą" myśl, która powoduje, że wspomnienia wydają się bardziej bajkowe niż były naprawdę.