Żeglowanie z dziećmi, czyli pływający żłobek

Rok:  2007
Kraj:  Chorwacja
Akwen:  Południowa Chorwacja
Trasa:  Krvavica - Sucuraj - Korcula - Lastovo - Krvavica

Grupa szaleńców, nie ma co! Tylko tacy decydują się przecież na wyjazd żeglarski w dwa jachty z piątką „około rocznych” dzieci. No, dobrze - jedno miało 2,5 roku.... I tak było to szaleństwo. Przynajmniej w oczach naszych rodzin i znajomych. Dla nas sprawa całkiem zwyczajna. Żeglowaliśmy do tej pory, a jak pojawiły się dzieci, to postanowiliśmy żeglować z nimi. Proste.


TRANSPORT

Pomysł padł w grudniu, ponieważ „pojawiły” się tanie bilety lotnicze do Splitu. Nikt nie brał pod uwagę długiej jazdy samochodem z takimi maluchami. Decyzja zapadła w dwa dni. Jeszcze jachty. Najlepiej dwa takie same i na tyle wygodne by pomieściły nasze gromadki. Są. No to super. Przed nami 8 miesięcy czekania...

Wreszcie dzień wyjazdu. Dla nas zaczął się ok. 4.00. Zdecydowanie za wcześnie. Mieliśmy nadzieję na odespanie wczesnej pobudki w samolocie. Nam się na szczęście udało, córeczka zasnęła zaraz po starcie. Z lotniska w Splicie jeszcze godzina jazdy do Krvavicy, skąd mieliśmy zacząć nasz "żłobkowy” rejs. Po drodze zrobiliśmy zakupy w markecie, ponieważ dowiedzieliśmy się, że na miejscu nie ma sklepów. Z uwagi na to, że to tylko mała marina bez zaplecza w postaci miasta, oczekując na jacht, skazani byliśmy na jedną knajpę oraz spacery tam i z powrotem w piniowym zagajniku otaczającym opuszczony kompleks hotelowy.

ŻEGLOWANIE

Następnego dnia rano pobudka i witaj przygodo! Nasz tygodniowy rejs z założenia miał nie być forsowny ze względu na dzieci. Okrążyliśmy wyspę Hvar z przystankiem na wyspie Brac w Sućuraju i na wyspie Lastovo. Lepszy logistycznie byłby może rejon Kornat, ale łatwiej nam było zorganizować rejs z Krvavicy ze względu na połączenia lotnicze ze Splitem.

Nie chcieliśmy na siłę pływać pod wiatr i to bardzo redukowało liczbę potencjalnych portów. Między mniejszymi i liczniejszymi wyspami takimi jak np. Kornaty byłoby to może prostsze. zdecydowanie wybieraliśmy warianty postojów w miasteczkach z uwagi na wyhasanie się naszych dzieci. Przestrzeń na jachcie okazała się dla nich po prostu za mała. Było to męczące zwłaszcza dla maluchów, które dopiero poznały smak samodzielnego przemieszczania się i wszelkie ograniczenia spotykały się z ich silnym protestem. Nie było mowy o okiełznaniu ich w mesie. Dla naszej córci schody z mesy do kokpitu przestały być zaporą już drugiego dnia.


SPANIE

Wieczorne kładzenie dzieci do snu odbywało się na dwa sposoby. Część brała dzieci ze sobą do knajpek, gdzie po pewnym czasie „padały” i były odnoszone na jacht, a część usypiała dzieci od razu na jachcie. Raz udało się nam zacumować na wprost malutkiej knajpy i kiedy dzieci poszły spać, my usiedliśmy przy stolikach tuż przy jachcie, co i rusz kontrolując sytuacje na pokładzie.

Dzieci spały z nami na kojach. Żeby zabezpieczyć je przed upadkiem lub zminimalizować jego ewentualne skutki, podczas gdy my siedzieliśmy w kokpicie, kładliśmy na podłodze w kabinach materace z mesy i poduszki. Zazwyczaj jednak dzieci były tak padnięte, że nie dochodziło do przemieszczania się w pionie.

Zauważyliśmy, że wszystkie maluchy bez wyjątku, spały więcej na rejsie niż w domu.

JEDZENIE

Opcje były trzy. Albo słoiczki, albo jedzenie w knajpkach, albo jedzenie na jachcie. Ta trzecia możliwość okazała się mocno ryzykownym posunięciem. Niewyobrażalna wyobraźnia i entuzjazm maluchów doprowadzały do tego, że najlepszym miejscem do karmienia był od razu prysznic lub kokpit – łatwy do mycia. Na szczęście w miejscowych knajpkach bez problemu można było zamówić okrojoną wersję dania, lub samo mięsko. Poza tym duża ilość dostępnych owoców ułatwiała komponowanie menu. Nasza córeczka, która ma awersje do słoiczków, pochłaniała ogromne ilości owoców. Najbardziej podpasował jej arbuz i brzoskwinie. Jadła je z takim zapamiętaniem, że po posiłku nadawała się tylko do mycia i wszyscy, którzy jej w tym towarzyszyli również.


BEZPIECZEŃSTWO

Przed rejsem zaopatrzyliśmy się w szelki dla dzieci. Na jednym jachcie były to szelki żeglarskie, profesjonalne z atestami. Doczepiana była do nich „smycz” (ok. 1,5 m długa), której drugi koniec przypinany był do kolumny steru. Zasięg był taki, że dziecko dochodziło do zejściówki ale tam nie wpadało, mogło wejść na siedzenie w kokpicie ale nie dalej. U nas córcia miała zwykłe szelki, takie do chodzenia i nie zawsze czuliśmy się z nimi pewnie. Pływający z nami 2,5 latek miał kapok. Poza tym dobrze jest przed rejsem poprosić armatora o założenie siatki na relingi (children net). Zawsze to zwiększa bezpieczeństwo, gdy dziecko przemieszcza się po pokładzie. Trzeba się tylko upewnić, że założą siatkę temu celowi dedykowaną i porządnie zamocują.

KĄPIELE

Zacznijmy od tych na jachcie. Istnieje tylko opcja prysznic, więc dobrze jeśli dziecko jest do tego przyzwyczajone przed wyjazdem. Żadne z dzieci nie miało z tym problemów.

Z kąpielami w morzu było różnie. Część nie dała się nawet zamoczyć, a część po wstępnych protestach (związanych raczej z temperaturą wody niż przestrzenią) pływała bez oporów. Dużo daje chodzenie z dziećmi na basen. Czują się w wodzie pewniej. Myślę jednak, że największą przeszkodą była dla nich jednak temperatura wody. W użyciu były pływaczki i kółka, a przede wszystkim ręce rodziców. Z uwagi na to, że ciężko się pływa mając zajęte ręce, rodzice występujący w roli pływadeł zakładali płetwy. Bardzo im pomagały w utrzymaniu się na powierzchni.


WÓZKI, NOSIDEŁKA

Dla raczkujących maluszków wózki są niezbędne. Mieliśmy po jednym takim dzieciaczku na jachcie i wózków używaliśmy za każdym razem gdy wychodziliśmy na brzeg. W grę wchodziły jedynie składane wózki typu „parasolka”. Maluchy chodzące (mówimy o „około roczniakach”, a nie dużo starszych) zabierane były do nosideł, gdy zmęczyły im się nóżki. Poza tym nosidła miały tę zaletę, że można z nimi było bez problemów zwiedzać miasteczka. Wózki miały czasem z tym problem.

Dla nas wszystkich było to bardzo cenne doświadczenie. Sam wyjazd nie okazał się wcale takim szaleństwem na jaki wyglądał. Może trudno to było nazwać urlopem w pełnym tego słowa znaczeniu ale wróciliśmy podbudowani i chętni na jeszcze. Anielska cierpliwość i poczucie humoru, to podstawa w takim rejsie. Jak to podsumował kolega: ”...na jachcie mieliśmy troje dzieci w wieku około roku. Trzeba bardzo uważać, żeby nie wymazać wszystkiego owockami, nie rozwłóczyć sera po messie a potem nie fiknąć kozła na zabawce i kogoś nie podeptać. W każdym razie emocje rosną..„.

Za rok dzieci już będą starsze... My bardziej doświadczeni... Chociaż jak patrzę na pomysłowość maluchów niejednym nas pewnie zaskoczą.

Referencje